"Szpieg ma nudne życie" - rozmowa z Richardem Jenkinsem

2019-03-15
"Szpieg ma nudne życie" - rozmowa z Richardem Jenkinsem

Richard Jenkins – choć z kinem związany jest od lat 80. XX wieku, prawdziwe sukcesy zaczął odnosić dopiero niedawno. Jego kreacja w "Dróżniku" zwróciła oczy całego świata na tego niepozornego starszego pana, a za rolę w "Kształcie wody" był słusznie nominowany do Oscara. Nam opowiada o rewolucji w telewizji i dojrzałości, która pomaga radzić sobie z sukcesem.

PLAYBOY Dzięki roli w Sześć stóp pod ziemią stał się pan symbolem rewolucji, jaka rozpoczęła się w telewizji 20 lat temu.

JENKINS To był czas, kiedy na szklanym ekranie jeden po drugim pojawiały się rewelacyjne seriale. Doskonale pamiętam zachwyt nad Rodziną Soprano, Prawem ulicy czy Rzymem, które skutecznie potrafiły zatrzymać mnie w domu. Nigdy nie byłem wielkim fanem telewizji, ale wtedy się to zmieniło. Od początku XXI wieku stałem się prawdziwym serialomaniakiem. Teraz kiedy jadę na plan, żałuję najbardziej nowych odcinków, które muszę potem nadrabiać. Byłem niepocieszony, gdy kręciłem ze Stevenem Spielbergiem Most szpiegów i nie mogłem oglądać na bieżąco kolejnych epizodów Luthera i The Tunnel.

PLAYBOY Co się wtedy zmieniło, że dał się pan przykuć przed telewizorem?

JENKINS Rozpoczęła się radykalna walka ze stereotypem. Podczas gdy kino wygodnie mościło się w ramach i strukturach gatunku, telewizja zaczęła go rozsadzać, a bohaterowie, którzy w kinie byli bici od sztancy, w telewizji objawiali się z zupełnie nieoczywistych stron. Kiedy okazało się, że mój bohater w Sześciu stopach pod ziemią nie żyje i pojawia się na ekranie zza grobu, krytyka oszalała z zachwytu. Bałem się wtedy, że zostanie doceniona innowacja formalna, ale przyćmi ona rewolucyjne podejście do bohaterów. Tak się na szczęście nie stało i zarówno widzowie, jak i dziennikarze, docenili sposób konstrukcji postaci.

PLAYBOY Na czym ta rewolucja polegała?

JENKINS Kiedy widzowie zaczęli oglądać serial, zorientowali się, że mają do czynienia z prawdziwymi ludźmi, których scenariusz nie podkręca, żeby stali się przez to atrakcyjniejsi. HBO dużo zaryzykowało, bo przecież kino i seriale służą nam do uciekania od rzeczywistości, ewentualnie komentują ją, ale nie wprost, nie odbijają jej jeden do jednego. A w Sześciu stopach pod ziemią oglądaliśmy sytuacje dosłownie przeniesione z życia: zdrada, której dokonuje mój bohater, nie pozwoliła spojrzeć na niego w nowy sposób – nie dała możliwości, żeby go potępić, ale też nie była powodem, żeby wykazywać się wobec niego empatią, nie zaburzyła toku akcji, nie nadała jej nowego rytmu. Tymczasem w kinie zdrada to jest zawsze punkt zwrotny. W życiu niekoniecznie. Podobnie mój serialowy syn, David, grany przez Michaela C. Halla – jego podejście do własnej seksualności wzbudzało u gejów jednocześnie złość i wstyd, bo z jednej strony aktywiści namawiali do coming outów i walki o swoje prawa, z drugiej strony – wiele teoretycznie wyemancypowanych gejów kryło się przed rodzinami.

PLAYBOY David stał się wręcz bohaterem generacyjnym. Dla gejów w Polsce był pierwszym bohaterem, który nie mierzył się z problemami homofobii ani nie nakłaniał wszystkich dookoła do walki o zmianę świata.

JENKINS A chwilę po nim przyszedł na świat Omar z Prawa ulicy – czarny homoseksualista, który trząsł światkiem narkotykowych bossów. To była kompletna rewelacja, która zupełnie namieszała ludziom w głowach. Dostaliśmy bohatera, z którym mogli, a wręcz chcieli empatyzować heteroseksualni widzowie, nawet ci cierpiący na maczyzm. Uwielbiam, kiedy telewizja i kino w taki sposób rozprawiają się ze stereotypami, kiedy wykraczają daleko poza utarte sposoby przedstawień poszczególnych grup ludzi. Tacy sami są bohaterowie serialu Olive Kitteridge, w którym zagrałem u boku Frances McDormand, gdzie oglądamy trzy pokolenia i ich sposoby radzenia sobie z emocjami na długo przed boomem na psychoterapię i po nim.

PLAYBOY Serial Olive Kitteridge powstał w 2014 roku. Czy teraz telewizja nadal ma taką siłę oddziaływania jak dekadę wcześniej?

JENKINS Nie uwierzyłby pan, ile ludzi podchodziło do mnie po premierze, żeby podziękować za ten serial. Mówili, że pomogliśmy im zrozumieć ich rodziców, którzy w zupełnie inny sposób próbowali przepracowywać swoje emocje. Jest w serialu scena, w której tytułowa Olive, grana wspaniale przez Frances McDormand, myje naczynia. Jest wściekła, ale chce pokazać otoczeniu, że potrafi nad tym zapanować, że umie nie wybuchnąć. Oglądamy, jak coraz intensywniej szoruje patelnię, która, gdyby była wykonana z innego materiału, najpewniej już byłaby dziurawa. Widzowie pokochali tę scenę. Odnaleźli w niej obrazki z własnych domów. Dla wielu z nich to był powrót do dzieciństwa, kiedy ich matki w podobny sposób mierzyły się w tym, co przeżywały w środku. Sam zresztą doskonale się w Olive Kitteridge odnalazłem, bo moja mama była dokładnie taka sama jak mój bohater – nigdy się nie unosiła, zawsze była spokojna i opanowana. Doprowadziło to do tego, że odmawialiśmy jej prawa do bycia złą. W tych rzadkich momentach, kiedy się unosiła, wszyscy oburzaliśmy się: „Mamo, co ty do diabła robisz? Jak możesz?”. Mój ojciec był jej przeciwieństwem, tak bardzo podobnym do Olive. Chyba dlatego ich duet działał tak dobrze. Widzowie pokochali serial za to samo, co Sześć stóp pod ziemią – odbijanie rzeczywistości, a nie podbijanie jej, za ten „mały realizm”, który jest siłą także mojej najnowszej produkcji Stacja Berlin, gdzie oglądamy codzienność szpiegów – zwykłą, nudną i przeciętną.

PLAYBOY Serial o nudnej codzienności szpiega? Brzmi jak produkcyjny samobój.

JENKINS Widzi pan – kolejny stereotyp. Nam się wydaje, że praca szpiega to emocje, wyzwania, ciągłe przekraczanie granic własnych możliwości. To wszystko bzdury, które długo wypełniały także moją głowę. Kocham pracę aktora, bo daje możliwość weryfikowania rzeczywistości. Tak było też w tym przypadku. Byłem kompletnie zaskoczony tym, że to normalna praca, taka jak każda inna. Przychodzisz do biura, siedzisz w nim określoną liczbę godzin, czasami ruszasz w teren. Jednak największym szokiem było dla mnie to, że szpiedzy popełniają dokładnie takie same błędy, jak ludzie w każdym innym zawodzie. W tej pracy bardzo często w wyniku błędu jednostki wywołuje się pożar, który potem gasi cała drużyna. Jeśli spojrzy się na to wszystko z dystansu, może się to wydać nawet całkiem zabawne. Ale nie chcieliśmy dawać humoru, żeby nie osłabić wiarygodności serialu.

PLAYBOY Mówi pan tak, jakby opowiadał pan o własnej pracy, a nie o filmie.

JENKINS Mieliśmy na planie cały sztab ludzi złożony z byłych pracowników CIA i osób związanych z jednostkami bezpośrednio współpracującymi z agentami. To z ich doświadczeń czerpaliśmy. Scenariusz też konsultowany był z ludźmi, którzy byli w stanie zweryfikować jego prawdziwość. Spędziłem wiele godzin na rozmowach z nimi. Dowiedziałem się, że najczęstszym powodem, dla którego ludzie odchodzą z tej pracy, jest brak możliwości rozwijania się, związany z brakiem funduszy. Chociaż zespół tworzą najbardziej kreatywne osoby w kraju, nie wykorzystuje się ich potencjału, bo wciąż odcina się fundusze. Wielu agentów jest sfrustrowanych. Słyszałem opowieść o jednym ze szpiegów, który satysfakcję z zawodu poczuł na moment przed emeryturą, kiedy w końcu mógł ruszyć na ważną misję. Okazała się sukcesem, ale to była ostatnia misja w jego karierze.

PLAYBOY Pan też długo czekał na nagrody i popularność. Nominacjami do Oscara, Złotego Globu i innych nagród został pan obsypany dopiero w 2018 roku za rolę w Kształcie wody Guillermo del Toro.

JENKINS Zastanawiałem się niedawno, co by ze mną było, gdyby te wszystkie honory spłynęły na mnie, gdy byłem na początku swojej zawodowej ścieżki – czy goniłbym tylko za produkcjami z potencjałem do nagród, czy inaczej dobierałbym scenariusze? Nie chciałbym, żeby coś się zmieniło pod tym kątem w moim życiu, bo jestem z niego zadowolony. Moja praca satysfakcjonuje mnie, a na tę satysfakcję nie miały wpływu nagrody i gratyfikacje. W tym zawodzie trzeba się nauczyć tak pracować, żeby doceniać wykonaną robotę. Jestem wobec siebie krytyczny, ale potrafię sobie powiedzieć: „Richard, zrobiłeś to dobrze”. Mam swoją metodę pracy, którą rozwinąłem przez lata. Nagrody, które teraz liczniej zaczęły pojawiać się na mojej półce, mogą co najwyżej poświadczyć, że szedłem właściwą drogą.

PLAYBOY Jaka jest pańska metoda aktorska?

JENKINS Kiedy przygotowuję się do roli, nigdy nie podejmuję decyzji, jak coś zagram. Oczywiście, nie zawsze jest to możliwe, ale w większości przypadków po prostu wchodzę na plan i pozwalam się porwać mojemu bohaterowi. Zachowuję się tak, jak gdyby toczył się nie film, tylko życie i wszystko działo się spontanicznie. Kiedy widzę na ekranie aktorów grających w taki sposób, zawsze daję się oczarować ich magii. Widzę ich naturalność, prawdziwość, które wpływają na autentyczność wykreowanego świata. Czuję się, jakbym podglądał życie. Chcę widzom dawać to samo. Zależy mi, żeby mieli przeświadczenie, że nie uczestniczą w czymś wyreżyserowanym, tylko że znaleźli się w wycinku czyjejś rzeczywistość, dostali do niej tajny akces. Wtedy to wszystko ma sens. Z tej metody najbardziej mogę korzystać właśnie w serialach, bo one pozwalają się oswoić z bohaterem bardziej, wejść w jego rytm, dynamikę, sposób myślenia. W Stacji Berlin wszedłem na nowy poziom, bo plan wymagał ode mnie wizyty w stolicy Niemiec. Zauważyłem, że kiedy kręciliśmy tam zdjęcia, zachowywałem się zupełnie inaczej niż na planie w USA, co wiązało się z tym, że człowiek w innym miejscu niż swoje własne miasto naturalnie przechodzi na inny tryb. To odbywa się w sposób niezauważalny, nie kontrolujemy tego. Gdybym wcześniej podjął decyzję, jak będę grał poszczególne sceny, też bym sobie tego nie uświadomił. Dobrze jest bohaterom dawać coś od siebie.

PLAYBOY Co im pan daje od siebie?

JENKINS To, że nigdy się nie wybijają. Robią swoje, ale bez występowania przed szereg. Nie rozpychamy się łokciami.

Rozmawiał: Artur Zaborski

Tekst ukazał się w marcowym numerze miesięcznika Playboy.

Fot: Commons.wikimedia.org

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska