"Lubię otwierać się na demony" - wywiad z Gabrielą Muskałą

2019-03-29
"Lubię otwierać się na demony" - wywiad z Gabrielą Muskałą

Po czerwonych dywanach w Wenecji chodziła już w 2004 roku, ale wtedy media nie zwracały na nią uwagi. Dziesięć lat później dzięki „Moim córkom krowom” zrobiło się o niej głośno, a dziś jest gwiazdą. My z Gabrielą Muskałą rozmawiamy o roli kobiet w polskim kinie i mierzeniu się z ikonami.

Na ekranie jest dynamiczna i pełna energii. Wydaje się, że jest wszędzie. Jako kujonka w 7 uczuciach zdominowała pozostałe koleżanki z obsady, a przecież grała tam u boku największych gwiazd polskiego kina. W Fudze wydobyła z siebie wściekłość, jakiej dawno nie widzieliśmy w naszych kinach. Tuż przed wywiadem znajomy aktor powiedział o niej – kobieta petarda. Pewnie dlatego byłem tak zaskoczony, gdy wreszcie spotkałem się z Gabrysią Muskałą. Pierwsze określenie, jakie przyszło mi do głowy – delikatna. Po nim pojawiło się kolejne – krucha. Filigranowa, krucha i delikatna. No i gdzie ta petarda – pomyślałem. A teraz pora na twist. Pozory mylą. Wystarczyło kilka sekund rozmowy, żeby przekonać się, że chociaż Gabrysia wygląda niezwykle kobieco i delikatnie, to jest chodzącym wulkanem energii. Jej kruchość jest tylko pozorna, kryje się bowiem za nią kobieta, która swoją energią mogłaby zaopatrzyć w prąd małą wioskę, a i tak jeszcze by jej sporo zostało. Ale przede wszystkim kryje się pod nią niezłomność. Muskała należy bowiem do wąskiego grona artystów, którzy nie idą na kompromisy, a swoją pozycję w branży zdobywają nie poprzez reklamy i ścianki, a ciężką pracę. I pozostanie wierną własnej wizji siebie. W świecie rozrywki, który rządzi się pozorami, to cecha niezwykła. Idealnie pasująca do niezwykłej kobiety.

PLAYBOY: Jesteś odważna?

Gabriela Muskała: A dlaczego pytasz?

PLAYBOY: Bo mam wrażenie, że zmierzenie się z rolą Felicji z Jak być kochaną? to zderzenie się z ikoną. To, co zrobiła Barbara Krafftówna w filmie Wojciecha Hasa, to jedna z najwybitniejszych kreacji w polskim kinie. A teraz ty w teatralnej adaptacji tekstu Brandysa mierzysz się poniekąd z tą ikoniczą rolą.

Muskała: Nie myślałam o tym w tych kategoriach. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że niektórych będzie korciło porównywanie mojej Felicji do Felicji pani Barbary, ale determinowanie tymi myślami pracy nad rolą nie miałoby najmniejszego sensu. Od początku wiedziałam, że Felicję muszę opowiedzieć sobą. To rola niezwykle gęsta, boleśnie intymna, wymagała przepuszczenia jej przez moje własne życie, emocje i doświadczenia. Z tego, co wiem, Lena Frankiewicz (reżyserka spektaklu – przyp. red.) najpierw przeczytała opowiadanie Kazimierza Brandysa, a dopiero potem zobaczyła film Hasa. Oczywiście trudno oderwać tekst od tak ikonicznego filmu, ale to nie jest przeniesienie jeden do jednego, a nowa adaptacja Małgorzaty Maciejewskiej, oparta na opowiadaniu, scenariuszu, ale też zawierająca sceny dopisane, inspirowane pewnymi niedopowiedzianymi u Brandysa wątkami. To osobna teatralna opowieść.

PLAYBOY: Trudna. Mroczna.

Muskała: Podczas pracy nad sztuką prowadziłam długie dyskusje z Leną na temat mojej bohaterki. Lena dziwiła się: „Ty jej w ogóle nie bronisz! Przez cały czas szukasz jej wad”. Odpowiadałam: „Nie szukam wad, tylko człowieka, a żaden człowiek nie jest ideałem”. Felicja, mimo swojego poświęcenia, na pewno do kobiet krystalicznych nie należy i w tym tkwi bogactwo tej postaci. Uratowała przed Niemcami aktora, ale tak naprawdę był to pretekst do tego, aby mieć go tylko dla siebie. Nawet jeśli sama ten fakt wyparła. W swoim mieszkaniu przez całą wojnę ukrywała ukochanego Wiktora, ryzykując życie, ale w tym poświęceniu był też rys zawłaszczenia... Niestety trafiła na faceta, który nie mógł żyć bez uwielbienia publiczności, bez emocji, które dawało mu występowanie na deskach teatru, bez wszystkiego tego, co praca aktora ze sobą niesie. Dramat Felicji polegał na tym, że żyła z facetem, który nigdy jej nie pokochał, a ona przez lata była jego jedynym widzem.

PLAYBOY: Dokładnie, Jak być kochaną? to w ogromnej mierze opowieść o manipulacji emocjonalnej. To teraz powiedz: tworząc Felicję, budowałaś ją na własnych emocjach?

Muskała: Tak jak powiedziałam. Nie ma innej opcji.

PLAYBOY: To znaczy?

Muskała: Nawet te czysto formalne role, a także te bardzo odległe od naszej prywatnej osobowości każdy aktor musi przepuścić przez siebie. Wojciech Marczewski kiedyś powiedział, że aktor wnosi do postaci pięćdziesiąt procent siebie, a reszta to praca z reżyserem i zespołem. Jak nie będziesz szczery, jak nie staniesz się postacią, tylko będziesz ją odgrywał, to widz to wychwyci.

PLAYBOY: Korci mnie, żeby cię zapytać, czy jesteś manipulantką.

Muskała: (śmiech) Raz w życiu to usłyszałam, od mojego wtedy jedenastoletniego syna, któremu na różne sposoby próbowałam wmusić jakąś zdrową sałatkę. Wmurowało mnie trochę, ale zaraz potem pomyślałam: Kurczę, on niestety ma rację. Ale poważnie – wiesz, że to nie działa w ten sposób.

PLAYBOY: A w jaki?

Muskała: No przecież nie gram siebie. Daję swoje ciało, swoje emocje, pracuję nimi. Ale jeśli cechy, z których zbudowana jest postać, nie są u mnie samej oczywiste, to zaczynam podczas prób się do nich dokopywać, szukać, uwalniać to, co zostało np. w wyniku dobrego wychowania zablokowane, albo uruchamiać wyobraźnię i otwierać się na wszelkie ludzkie demony. Na tym polega piękno tego zawodu, że można dzięki niemu szukać w sobie cech i emocji, o które się dotąd siebie nie podejrzewało.

PLAYBOY: Grzebanie sobie w metafizycznych wnętrznościach?

Muskała: No tak! (śmiech)

PLAYBOY: Terapia?

Muskała: Kiedyś tak myślałam.

PLAYBOY: A teraz już nie?

Muskała: Inaczej. Kiedyś wydawało mi się, że w prawdziwym życiu nie wypada dawać upustu pewnym emocjom. Nie wolno mi na kogoś nakrzyczeć, nawet gdy doprowadził mnie do stanu, w którym cała się wewnątrz gotuję. Myślałam, że granie to będzie mój wentyl bezpieczeństwa – ukryta za postacią, będę mogła robić głośną awanturę czy nawet dać partnerowi w pysk. A po zakończonej próbie, spektaklu czy zdjęciach wrócę do siebie w jakimś stopniu uzdrowiona. Ale to nieprawda.

PLAYBOY: Bo?

Muskała: Bo jak nie masz prywatnie przerobionych emocji, to używasz ich nieświadomie. I fakt, że wyżyjesz się na scenie, wcale niczego w tobie nie zmieni.

PLAYBOY: Czyli opowieść o tym, że granie jest terapią i można na scenie przepracować emocje, to tak naprawdę placebo.

Muskała: Trochę tak. Jeśli nie wiesz, dlaczego pojawiają się w tobie pewne emocje, z czym się wiążą, to możesz je wyrzucać z siebie, ale one i tak wrócą. Dlatego uważam, że dobry aktor powinien mieć swoje traumy przepracowane, nazwane i zrozumiane. Wtedy może grać emocjami na swoich własnych warunkach, a nie być ich niewolnikiem.

PLAYBOY: Czyli że każdy powinien pójść na terapię?

Muskała: Nie (śmiech). Nie każdemu przecież terapia jest potrzebna. Mnie na przykład była.

PLAYBOY: Uporządkowałaś głowę?

Muskała: Głowę, serce, siebie. I teraz lepiej mi się pracuje.

PLAYBOY: Nie wiem, na ile wpływ miała na to terapia, ale ubiegły rok pokazał ewidentnie, że wzbiłaś się na szczyt. Popisowa rola w 7 uczuciach, scenariusz i główna rola w Fudze, mniejsze w Monumencie Jagody Szelc i serialu Rojst.

Muskała: Tak się złożyło. (śmiech)

PLAYBOY: Schlebia ci to, że nagle z aktorki traktowanej przez media bardziej jako artystka niż postać z okładki, zostajesz bohaterką? Twoja twarz była niemal wszędzie.

Muskała: Trochę to zaplanowałam.

PLAYBOY: Nagły sukces zaplanowałaś?

Muskała: Nie. Wróć. Muszę coś wyjaśnić. Gdybym miała parcie na szkło i na okładki, to pewnie dawno bym to osiągnęła, wystarczyło zgodzić się na udział w paru projektach. Ale o ile w życiu, tym moim osobistym, niczego szczególnie nie planuję, to jeśli mówimy o karierze, traktuję ją bardzo poważnie. Dokonuję wyborów, które bywa, że są niszowe, mało komercyjne, ale pozwalają mi się rozwijać i budować świadomie swoją artystyczną drogę.

PLAYBOY: Reasumując – sama celowo powstrzymywałaś swoją karierę?

Muskała: (śmiech) Wiesz, na czym mi najbardziej zależy w moim zawodzie?

PLAYBOY: Nie. Powiedz.

Muskała: Na odkrywaniu... A wiesz, czego w nim najbardziej nie lubię?

PLAYBOY: Czego?

Muskała: Powielania. Czy gdybym dziesięć lat temu zdecydowała się na zagranie roli, co do której nie miałabym przekonania, ale byłaby to główna rola w popularnym serialu, który zostałby wielkim hitem, byłabym dziś tu, gdzie jestem? Nie sądzę. I nie chodzi mi o rezygnację z komercyjnych projektów – i te mogą być bardzo ciekawe. Chodzi mi wyłącznie o kompromisy z samym sobą, wybieranie rozwiązań, co do których mamy przekonanie, iż nie są wartościowe, a służą jedynie przeniesieniu nas w inne, łatwiejsze może miejsce. Pewnie wtedy pochłonęłoby mnie inne życie. Te wszystkie benefity popularności, o których mówisz.

PLAYBOY: Uciekłaś od tego?

Muskała: Odpowiem tak – i nie ma w tym grama złośliwości, żeby była jasność: są ludzie, którzy zawód aktora wykonują głównie dla popularności. Szanuję ten wybór, rozumiem go, ale to nie jest moja droga. Każdy ma swoje powody, dla których zostaje aktorem.

PLAYBOY: Jakie?

Muskała: Zawsze uważałam, że aktorstwo może być sztuką i to w mojej pracy pociąga mnie najbardziej. Co nie znaczy, że odżegnuję się od popularnych, lekkich projektów. Ale zawsze jestem czujna, projekt musi mnie intrygować, uruchamiać, inspirować. Poza tym, żebyś nie pomyślał, że jestem jakaś wybredna, od ukończenia studiów pracuję cały czas tak samo. Wciąż gram, teatr, filmy, seriale – nie robię sobie przerw, no może czasami, na pisanie. Myślę, że to, co się dzieje wokół mnie teraz, to również efekt tych lat pracy.

PLAYBOY: Nie zgadniesz, z czego ja cię pamiętam.

Muskała: Z czego?!

PLAYBOY: Ha! Z roli przyjaciółki Marylki w Złotopolskich.

Muskała: No to muszę ci opowiedzieć jedną anegdotę. Bo zagranie w Złotopolskich to był taki moment w moim życiu, kiedy zrozumiałam, ile paradoksów niesie ten zawód. Mniej więcej w tym momencie, w którym dostałam tę rolę, byłam parę lat po szkole i zagrałam już kilka dużych, ambitnych, nagradzanych ról teatralnych. Nie mówiąc o głównej roli w filmie Królowa aniołów Mariusza Grzegorzka. W każdym razie – miałam naprawdę poważne dokonania na koncie i co? I nic. Nikt mnie na ulicy nie rozpoznawał. Ale kiedy zagrałam w czterech odcinkach Złotopolskich, pani w sklepie za ladą jak mnie zobaczyła, to z wrażenia wypadł jej z rąk ser. Ludzie zaczepiali mnie, pytając: „Co u Joli będzie się działo?”. I wtedy sobie pomyślałam: Jezus Maria, to o to w tym chodzi?!

PLAYBOY: O bycie rozpoznawalnym dzięki serialom czy innym popularnym programom...

Muskała: Wiem, że może dla ciebie brzmi to absurdalnie, ale naprawdę wtedy do mnie dotarło, że to nie jest moja droga. Że potrzebuję się rozwijać, a nie być obiektem zachwytów. Jeden z wybitnych polskich aktorów opowiedział kiedyś przepiękną historię o festiwalu w Międzyzdrojach. Przyjechał, zajął pokój w hotelu, zjechał windą na dół do lobby, a tam dziki tłum młodych ludzi pędzi w jego stronę. Podbechtało to jego próżność, ale tylko na chwilę, gdyż tłum go wyminął i pobiegł parę metrów dalej, gdzie szedł znany z popularnej telenoweli aktor-amator.

PLAYBOY: Nie chcesz tak skończyć?

Muskała: Z tłumem biegnącym na mnie – niekoniecznie. Z ludźmi wolę raczej rozmawiać niż rozdawać im autografy. Popularność jest miła, ale nigdy nie była dla mnie priorytetem. To efekt uboczny pracy. Mam to szczęście, że projekty, które do mnie przychodzą, nie są warunkowane popularnością, choć wiem, że czasem o tym, czy w danym filmie zagra ta czy inna aktorka, decyduje w dużej mierze to, czy jest rozpoznawalna, czy nie. I wtedy rozumiem pokusę popularności.

PLAYBOY: Nie każdemu będzie dane jej doświadczyć.

Muskała: Wracamy tu do motywacji. Jeśli próbujesz grać tylko dla sławy, to masz pewną szansę, że to ci się uda. Może nawet udać się bardzo szybko, ale nie dzięki temu, co i jak grasz, ale dzięki temu, co zrobisz, by być zauważonym. To zasadnicza różnica.

PLAYBOY: Pamiętam anegdotę, którą opowiadałaś w kilku wywiadach. O tym, jak zdawałaś egzamin do szkoły teatralnej i wygłosiłaś przed komisją monolog twojej babci. Wszyscy byli zachwyceni, a część osób z komisji przyznało, że czytało coś innego tej autorki.

Muskała: Siedzieli i szeptali między sobą: „Znasz tę autorkę? Słyszałeś o niej?”. Bardzo to wszystko śmieszne było. A oni zwyczajnie nie chcieli się przyznać, że o kimś takim jak Władysława Foryś nie słyszeli.

PLAYBOY: Dla mnie ta historia pięknie pokazuje zakłamanie artystycznego środowiska. To udawanie lepszych i mądrzejszych niż są w rzeczywistości.

Muskała: To nie jest zakłamane, to jest po prostu ludzkie.

PLAYBOY: Że wstydzimy się niewiedzy?

Muskała: A gdyby się okazało, że Władysława Foryś to noblistka, o której tak wyszło, że profesor nie słyszał? Trochę wstyd się przyznać przed młodą dziewczyną. W tym strasznym stresie, w którym wtedy byłam, ich reakcja była rozczulająca i zabawna.

PLAYBOY: A ja dalej będę brnął w to, że ta historia pięknie pokazuje niezwykle popularny mechanizm – budowania swojego autorytetu przez posiadanie wiedzy na każdy temat. Megalomania po prostu.

Muskała: Nie mam z tym problemu.

PLAYBOY: Z megalomanią?

Muskała: Z przyznaniem się, że czegoś nie widziałam czy nie czytałam. Ile napisano książek? Niezliczoną ilość. Wiem, że nie ma możliwości, żeby posiadać wiedzę na temat każdej z nich, każdego namalowanego czy nakręconego dzieła. Wpadanie w kompleksy z tego powodu nie ma najmniejszego sensu.

PLAYBOY: Zmieniając odrobinę temat – powiedz, czy z twojej perspektywy, z perspektywy kobiety, która do pozycji zawodowej dochodziła ciężką pracą, rzeczywiście wygląda to tak, że macie trudniej niż faceci?

Muskała: Słyszę o tym cały czas. O tym, że kobiety mają gorzej, że jesteśmy w Polsce (ale nie tylko) dyskryminowane. Z tym że ja nigdy tego na własnej skórze nie odczułam. Zawsze grałam duże, wielowymiarowe role, a przed tzw. ozdóbkami po prostu się broniłam.

PLAYBOY: To znaczy?

Muskała: To jest największa zmiana, jaka zaszła w podejściu i traktowaniu aktorek w Polsce. To znaczy odejście od traktowania nas jako „broszek”. Ale już po kolei ci tłumaczę. Przez lata w polskim kinie młode aktorki miały przede wszystkim pięknie wyglądać i być ozdobą facetów, a starsze podawać głównym bohaterom herbatę i obiad. To w dominującej mierze obraz lat 90. ubiegłego wieku. Dlatego wtedy często odmawiałam. Nawet jeśli proponowano mi rolę w serialu, o którym wiedziałam, że odniesie sukces, a rola przyniosłaby mi tzw. sławę. Nie kręciła mnie postać matki trójki dzieci, która podaje im zupę, robi kanapki i wzdycha, że boli ją głowa. A perspektywa remontu mieszkania czy nowego samochodu dzięki gaży także jakoś do mnie nie przemawiała. No i przede wszystkim byłabym uwiązana w serialu zaplanowanym na wiele sezonów i nie mogłabym robić innych, ważnych dla mnie rzeczy. Ale to, jak mówiłam na początku, od kilku lat bardzo mocno się zmienia. Powstają zamknięte, kilkuodcinkowe seriale, które są interesujące, świetnie napisane. Filmy, w których nie chodzi się na kompromisy, jest miejsce na prawdę i trudne tematy. Ubiegły rok w polskim kinie był rokiem kobiet. I to jest cudowne. Serce mi rośnie, gdy patrzę na Olę Konieczną i to, ile teraz gra. Dorota Kolak – kolejna wybitna aktorka, która nareszcie ma swój czas. To jest absolutnie wspaniałe.

PLAYBOY: Przede wszystkim, co chyba najważniejsze, wszystkie nie jesteście młodymi siksami.

Muskała: Nie krygujmy się. W tym roku kończę pięćdziesiąt lat. Nie jesteśmy młode, ale jak się okazuje – nie jesteśmy stracone. Wcześniej aktorki w naszym wieku mogły grać w teatrach, ale na pewno nie główny plan w kinie. Kolejna fenomenalna aktorka, Agata Kulesza, która dopiero po czterdziestce zaczęła dostawać znakomite role. W ogóle jak spojrzysz na to, co się dzieje w kinie, to powoli odwracają się proporcje. Ostatnio powstaje więcej ról dla dojrzałych kobiet, niż dla dojrzałych facetów. I wcale nie uważam, że to wynik podpisania umowy „50:50”, czyli że w roku 2020 udział kobiet i mężczyzn w pracy przy produkcjach filmów będzie wyrównany. To świetny projekt, absolutnie mu kibicuję, ale wierzę, że to, o czym mówimy, to nie tylko wynik zimnej kalkulacji w stylu „proporcje muszą się zgadzać”, a autentyczna potrzeba.

PLAYBOY: A nie masz wrażenia, że w ogromnej mierze za ten stan – czyli docenienia dojrzałych kobiet i coraz większego doceniania kobiet jako twórczyń kina – stoi też ekonomia? Kobiety są siłą nabywczą biletów do kina. Generalnie według wszystkich badań dziewczyny dziś w niemal każdym domu rządzą portfelem przeznaczanym na kulturę.

Muskała: To jest bardzo ciekawe. Ale ja bym poszła dalej. Dziewczyny powoli wypychają facetów z ról im wydawałoby się przypisanych. Kino sensacyjne w Polsce lat 90. to Pasikowski i sami faceci w obsadzie. Kino sensacyjne ostatnich lat – Vega i jego Kobiety mafii.

PLAYBOY: Ciekawe zatem, czy my, mężczyźni musimy wymrzeć.

Muskała: (śmiech) Bardzo, ale to bardzo bym tego nie chciała! Bez was byłoby strasznie! Wręczając w tym roku na Festiwalu Filmowym w Gdyni nagrodę za najlepszą rolę męską powiedziałam, że niezmiernie kibicuję akcji „50:50 w 2020”, ale mam nadzieję, że się nie zapędzimy, bo nie chciałabym za parę lat wręczać kobiecie nagrody za najlepszą rolę męską. Oczywiście to był żart, ale podszyty pewną obawą.

PLAYBOY: Bo niestety często zdarza się nam gubić proporcje, zagalopowywać się w przeróżnych akcjach, zmieniając ich intencje.

Muskała: No właśnie.

PLAYBOY: W latach 70. ubiegłego wieku psycholożka Sandra Lipitz Bem stworzyła Listę Określeń Związanych z Rolami Płciowymi, badając naszą przynależność płciową i już wtedy mówiła ona, że stajemy się androgyniczni, czyli w określonych chwilach przyjmujemy zachowania płci przeciwnej. Upraszczam teraz bardzo, by dojść do clue – nie masz wrażenia, że w jakiś sposób jeszcze mocniej dążymy do androgynizacji, czyli stania się obiema płciami w jednym ciele?

Muskała: Mogę mówić tylko o sobie – nie mogłabym i nie chciałabym być mężczyzną.

PLAYBOY: Bo jesteśmy straszni?

Muskała: Przeciwnie. Bo was uwielbiam i dużo bym straciła (śmiech).

PLAYBOY: Czyli jest dla nas nadzieja.

Muskała: Nie kokietuj. Oczywiście, że jest!

PLAYBOY: Swoją drogą bez potworów nie byłoby wielkiego kina. Bergman był skończonym draniem wobec kobiet. Clint Eastwood jest skończonym mizoginem zadręczającym partnerki.

Muskała: Z jednej strony coś skręca mnie w środku, kiedy czytam o tym, jak Bergman traktował swoje partnerki i niszczył życie dzieciom, które płodził. Z drugiej podziwiam szczerość, z jaką obnażał się w swoich filmach, pokazywał całą tę swoją potworność, która była budulcem jego sztuki. Nie usprawiedliwiam go, ale mam świadomość, że bez tej szczerości wobec siebie nie byłoby dziś choćby genialnych Scen z życia małżeńskiego.

PLAYBOY: Tylko czy na ołtarzu sztuki, że tak górnolotnie powiem, możemy składać swoją potworność, której ofiarami padają inni?

Muskała: I tu wracamy do tego, o czym mówiliśmy na początku – szczerości w przekazie. Jeśli jesteś potworem, to i tak będą ofiary. Ale jeśli jesteś potworem i twórcą? Z jednej strony nie ma usprawiedliwienia, ale z drugiej to jedyna droga, żeby tą sztuką może coś lub kogoś w przyszłości ocalić.

PLAYBOY: Czyli żeby stworzyć coś wartościowego, musisz być szczery? Nawet jeśli szczerość to uwolnienie potwora?

Muskała: Jeśli jako twórca ukryjesz swojego demona przed światem, nikt ci nie uwierzy. Popatrz na nasze polskie podwórko. Moje córki krowy Kingi Dębskiej nie odniosłyby takiego sukcesu, gdyby Kinga się nie otworzyła. Gdyby swoje bohaterki wybieliła, widz nie miałby szansy się z nimi utożsamić. A ona opowiedziała zupełnie szczerze – o śmierci rodziców i konflikcie z siostrą. Tyle że nie zrobiła z tych dziewczyn pięknych, wymodelowanych lasek, a prawdziwe z krwi i kości kobiety z kompleksami. Jedna z koszmarną farbą na głowie, druga niby wzięta aktorka, a tak naprawdę wrak emocjonalny. Prawda była budulcem tej historii i stała się jej sukcesem.

PLAYBOY: Przed prawdą nasza telewizja i kino broniły się latami.

Muskała: Ostatnio przeżyłam szok na planie nowego sześcioodcinkowego serialu. Oto produkcja dla dużej prywatnej stacji, która słynie w swoich produkcjach z ogromnej ilości makijażu nakładanego zarówno na aktorów, jak i na rzeczywistość, a tu niespodzianka... Nie malują nas.

PLAYBOY: Niemożliwe, przecież prawdziwa kobieta jest umalowana nawet pod prysznicem.

Muskała: Co więcej – prawdziwa kobieta nawet w obliczu tragedii nie zapomina o makijażu (śmiech).

PLAYBOY: Ale sekundę, coś w tym jednak jest – mam koleżankę, która nawet wychodząc do sklepu nocnego dwieście metrów od domu, zawsze się malowała i przebierała, a na pytanie, dlaczego, odpowiadała: „Bo jakby mnie samochód potrącił, a ja miałabym na sobie starą bieliznę, to umarłabym ze wstydu”.

Muskała: I doskonale ją rozumiem! Miałam kiedyś studentkę, świetnie zapowiadająca się aktorka, czysty dynamit, która zawsze przychodziła na zajęcia w dwunastocentymetrowych szpilkach. Pytam ją: „Sylwia, a tobie jest tak wygodnie chodzić?”. A ona na to: „Pani profesor, ja nie umiem inaczej, ja nawet do lasu tak chodzę”. I to jest piękne. Ludzie muszą się różnić. Ale wracając do nowego serialu – nagle ktoś odkrył, że kobieta, wychodząc spod prysznica, nie ma ciała wynajętej modelki, że ma celulit i się nie maluje.

PLAYBOY: Jak myślisz – co się wydarzyło? Co doprowadziło do tego, że w końcu traktujemy kobiety w kinie i telewizji poważnie, bez bezsensownego retuszu?

Muskała: Myślałam nad tym. Do tej pory na pytania w stylu: „Dlaczego nas tak mocno malujecie?”, słyszałam odpowiedź: „Bo widz tak chce”; „Dlaczego tworzycie jakieś seriale z amatorami recytującymi teksty?” – „Bo widz tak chce”. Co ciekawe – kiedy w tym samym czasie ktoś pytał widza, czy lubi tak sztuczne, półamatorskie seriale, ten odpowiadał: „Wiem, to straszny badziew, ale nie ma w telewizji nic innego, to oglądam. Oglądam to, co nam serwują”. I teraz pytanie: co się wydarzyło, że nagle nie musimy być malowani, mieć kręconych loczków? Widz już tak nie chce? Czy stacja odkryła, że Polacy nie są tak głupi, jak próbuje się im wmówić?

PLAYBOY: Bo nie są. Pewnie, że najprostsza rozrywka zawsze będzie najbardziej popularna, ale świat się na niej nie kończy.

Muskała: I ja to obserwuję od lat. Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi, w którym gram, zawsze jest pełny, a spektakle wyprzedane. Jak być kochaną? w Narodowym – wyprzedane w dwie godziny od ogłoszenia repertuaru. To nie jest tak, że ludzie chcą tylko disco polo. Społeczeństwo jest zróżnicowane i jego potrzeby są tak jak ono – zróżnicowane.

PLAYBOY: A widzisz – ja słyszałem kiedyś taką radę od pani piszącej scenariusze do seriali: nie używaj w scenariuszu słów, które mają więcej niż sześć sylab.

Muskała: Matko! Dlaczego?

PLAYBOY: Bo widz tego nie zrozumie.

Muskała: Jakim cudem zatem ten sam widz rozumie seriale z Netflixa czy HBO?

PLAYBOY: I tu chyba dochodzimy do sedna: czasy się zmieniły, stacje, które rządziły – ale nie tylko one, bo i producenci filmowi – mają świadomość, że widz się rozwija. A oni muszą wraz z nim, bo inaczej staną się martwym bytem.

Muskała: Kiedyś mówiono, że granie w telewizji to wstyd. Dziś w serialach grają najlepsi aktorzy, a tworzą je najwybitniejsi reżyserzy. Są świetnie napisane, nie ma w nich banalnych rozwiązań. Nie możemy jako artyści i jako ludzie zakładać, że świat będzie stał w miejscu, bo to my się w nim zatrzymamy. Stąd zmiana w podejściu do kobiet, nie można przecież trwać w jednym miejscu, uważając, że dziewczyny muszą być pokazywane tylko jako namiętne kochanki albo opiekuńcze matki. Świat się zmienia na naszych oczach i musimy znaleźć sobie w nim miejsce. Ostatnio bardzo mi się podobała awantura z francuskim pisarzem Yannem Moix, który powiedział, że kobiety po pięćdziesiątce są dla niego niewidzialne. Szybko na jego wyznanie odpowiedziały kobiety, m.in. aktorka Marina Fois w dowcipnym wpisie: „Tylko rok i czternaście dni zostało mi na przespanie się z Yannem Moix”. To oczywiście żart, kpina z nierozgarniętego faceta, ale też pokazuje siłę dziewczyn, które nie chowają się już ani z ripostą, ani z metryką. Ale do ideału jeszcze daleko.

PLAYBOY: Ale jaki jest ideał?

Muskała: Nie szukajmy odpowiedzi. Po prostu traktujmy się fair. Traktujmy widza fair. I nie bójmy się prawdy.

Gabriela Muskała

Rocznik 1969. Aktorka filmowa i teatralna, dramatopisarka. Jest laureatką prestiżowych nagród przyznawanych przez krytyków i publiczność. Grała m.in. w przedstawieniach Mariusza Grzegorzka, Barbary Sass. Za rolę w filmie Wymyk w reż. Grega Zglińskiego została nagrodzona na festiwalu filmowym w Gdyni. Popularność przyniosły jej m.in. role w serialach Londyńczycy, Głęboka woda, Paradoks i w filmie Moje córki krowy w reż. Kingi Dębskiej (nominacja do Orła dla najlepszej aktorki – 2016). Niedawno wystąpiła w filmie 7 uczuć Marka Koterskiego i w Fudze Agnieszki Smoczyńskiej.

Rozmawiał: Robert Ziębiński

Zdjęcia: Adam Tuchliński

Tekst ukazał się w kwietniowym numerze miesięcznika Playboy.

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska