Biały duch: testujemy Astona Martina Vantage'a

Biały duch: testujemy Astona Martina Vantage'a

Biały lakier jest wprawdzie najmodniejszy, ale nie pasuje do większości samochodów sportowych. Prawda. Ale ta reguła nie dotyczy najnowszego Aston Martina Vantage, który wygląda zjawiskowo.

Przyjemność z Vantage’a zaczyna się już w garażu. Gdy wtrysk podaje paliwo do zimnego silnika, Aston przez kilka sekund ryczy niczym zraniony lew. To bardzo przyjemna „symfonia decybeli”. Później też jest fajnie. Dźwięk silnika – choć obiektywnie napiszę, że w dłuższej trasie może przyprawić o ból głowy i lekko zmęczyć – subtelnie pieści bębenki w uszach. Szkoda, że sami tego nie możecie poczuć. Chociaż nie, możecie. Wystarczy z zaskórniaków wysupłać niecałe... 200 tysięcy euro i już – Aston może być wasz. Do kupienia w Warszawie, bez żadnego problemu. Ja nie oszczędzam, czyli nie mam z czego wyciągnąć, ale przynajmniej mogę sobie potestować.

Funkcjonalny

Aston Martin to samochód sport premium, a w nim łatwo dokładać kolejne „klocki” wyposażenia. Na naprawdę długiej liście takich dodatków najtańsza jest apteczka (170 euro), parasol (za 350 euro) lub dywaniki do bagażnika w kolorze wnętrza. Wydacie na nie wprawdzie ponad 500 euro i jest to oczywiście bardzo dużo, ale sam samochód nie jest przecież zwyczajny i warto w niego inwestować. Zwyczajny? Czy Vantage może być rozpatrywany jako samochód na co dzień? Pewnie, że może. Choćby z tego powodu, że ma w swojej klasie największy bagażnik. Gorzej będzie z wykorzystaniem Astona na co dzień. Dużo pali? Nie, oczywiście, że może być bardzo oszczędny (o 4-litrowym silniku za chwilę), ale chodzi o widoczność. Słabo się tym wozem parkuje. Do tyłu nie jest najgorzej (mimo pochylonej szyby), za to zza kierownicy nie widać, gdzie auto się zaczyna i jak daleko sięga maska. Grube słupki zdecydowanie nie ułatwiają życia, a więc do poruszania się po tzw. miejskiej dżungli (swoją drogą jest to kretyńskie stwierdzenie, które cytuję wyłącznie dlatego, że jest powszechne) trzeba się będzie przyzwyczaić. Na krawężnik raczej nie da się wjechać. Z przodu i z tyłu mój Vantage miał dodatkowe spoilery (splitter i dyfuzor), a ich hipotetyczne urwanie byłoby jak wyrzucenie ciężkich pieniędzy w błoto.

Lord uładzony

Pamiętam przejażdżkę Astonem Vantage przed kilku laty. Zaskoczył mnie raczej niedokładnym wykończeniem. Muszę to trochę uściślić. Wtedy wszystko było niby na miejscu, skóra pachnąca i z pięknymi przeszyciami, ale gdy tylko spojrzało się gdzieś w kąt, z łatwością dostrzegało się, że Astony są jak dzieła sztuki – budowane i składane ręcznie. Nie to, żebym się czepiał szczelin konstrukcyjnych, ale montaż był taki trochę… garażowy. Teraz jest zupełnie inaczej. Nie ma się do czego przyczepić. Jedyne odstępstwo od normy to fakt, że rączka, którą otwiera się pokrywę silnika, jest po prawej stronie (chociaż kierownicę umieszczono po „naszemu”, czyli po lewej). Komuś najwidoczniej nie chciało się kombinować i rączka została tam, gdzie jest wygodniej dla Brytyjczyków.

Elektroniczna pomoc

Aston ma na pokładzie nieco Mercedesa. Część podzespołów zaadaptowano z AMG GT. Sterowanie mediami oraz menu i dźwignia zmiany kierunkowskazów jest „,made in Germany”. Może dlatego do działania nawigacji (w sensie jej obsługi) nie można się przyczepić? Pewnie, sterowanie skrzynią biegów wymaga nieco treningu, bo teraz robi się to przyciskami, które są w dolnej części środkowej konsoli. W pierwszym momencie miejsce wydaje się ekstrawaganckie, ale można się szybko przyzwyczaić. Na pewno nie przeszkodzi to w jeździe – łopatki do zmiany biegów są tam, gdzie być powinny, czyli przy kierownicy. W samochodzie jest też aktywne zawieszenie, elektroniczna szpera (po raz pierwszy w Astonie, a musicie wiedzieć, że nazwa Vantage jest w użyciu od 1951 roku!) oraz specjalnie stworzone do tego samochodu opony Pirelli. A mnie się podoba jeszcze jedno – Aston ma rewelacyjne wyważenie. Dokładnie 50 procent przypada na przód, a reszta na tylną oś. Dlatego tak precyzyjnie się nim jeździ.

Rakietowóz

Decybele dobiegające z tłumika też nie kłamią – to mocny samochód. Mnie trafił się Aston 8-cylindrowy, z podwójnym doładowaniem. Szkoda wprawdzie, że nie dali mi się przejechać „fał dwunastką”, ale i tak osiągi w tym aucie są imponujące. Moc? Ciut niższa niż w AMG GT, od którego parę detali Aston przejął – 510 koni. Mało to nie jest, ale patrząc na sylwetkę, na pewno stawialiście, że koni jest ze dwieście więcej, prawda? Uspokajam. Aston Martin Vantage generuje całe stado niutonometrów, a te – wiadomo – liczą się przy przyspieszaniu. Z prędkości maksymalnej (314 km/h) w Polsce nie da się raczej skorzystać, ale za to przyspieszenie (0–100 km/h w 3,6 s) robi niezłe wrażenie. Właśnie dzięki tym 685 niutonometrom, które mają ciekawy przebieg – krzywa momentu pokazuje, że maksimum przypada między 2–5 tysiącami obrotów. Moc maksymalna pojawia się przy 6 tys. obrotów, co daje samochód z kopem i możliwościami. Przyspieszy szybko i szybko pojedzie, ale to pierwsze zdarzać się będzie w naszych warunkach relatywnie częściej. Jeśli nie lubicie wbijania w fotel przy każdym wdepnięciu gazu, ten samochód nie jest dla was. Ale każdy lubi, prawda? I nie pytajcie, ile pali. To głupie pytanie. Gdy się ma ponad 500 koni pod nogą, można zużyć niejeden zbiornik paliwa. Aston Martin zużywa tyle benzyny, ile do niego wlejemy. Trzymajmy się tej zasady.

Zrób sobie mokro i poczuj się facetem

No, może nie dosłownie. Nie chodzi o wymyślne pieszczoty z 30 partnerkami jednocześnie, ale jazdę z większą prędkością, z gazem. Pół biedy, gdy asfalt jest suchy. Wtedy można bawić się w ostre przyspieszanie spod świateł, najwyżej tył (napędzany) lekko się poślizgnie. Gorzej, gdy trochę pokropi, bo trzeba ruszać delikatnie, żeby Vantage’a głupim przypadkiem nie rozwalić. Trzeba rozwagi, bo przecież większość z nas nie ma umiejętności słynnego Stiga – kierowcy w białym kasku z niegdysiejszego programu „Top Gear”. Ben Collins (czyli właśnie Stig) był dublerem Daniela Craiga podczas kręcenia filmów o przygodach agenta 007. Gdyby nie Collins, na złom poszłoby więcej aut z fabryki
w Gaydon. Aktor, który wcielał się w rolę Jamesa Bonda, na naprawdę szybką jazdę Astonem Martinem okazał się zdecydowanie za cienki. Groźne miny mu nie pomogły, a samochód przerósł jego umiejętności...

Tekst: Rafał Jemielita

Zdjęcia: Paweł Jabłoński

Tekst ukazał się w styczniowym (01/2019) numerze miesięcznika Playboy

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska