Maluch off-road: jeździmy nowym Suzuki Jimnym

Maluch off-road: jeździmy nowym Suzuki Jimnym

Widzę siebie w wielkim, obszernym pickupie – dla prawdziwego faceta. Kłopot w tym, że taki samochód zwykle jest bez sensu, właśnie z powodu rozmiarów. Czasem człowiek dojedzie dalej czymś mniejszym, ale równie dzielnym w błocie. Czymś takim jak Suzuki Jimny.

Każdy kiedyś zaczyna i ze mną też nie było inaczej. U mnie pierwsze jazdy odbywały się „maluchami” oraz wartburgiem, którym prawie przebiłem ścianę garażu. Tak, kiedyś było żałośnie, ale gdzieś trzeba się było tą całą motoryzacją zaszczepić i niektórych rzeczy nauczyć. Na przykład tego, jak się poruszać w błocie. Od czego zacząłem? Od białego Suzuki Samurai, którym – jakby przeszkody nie istniały – pokonaliśmy piaszczyste łachy nad Wisłą i podjechaliśmy pod strome wzniesienie, na które z trudem udawało się wejść na piechotę. Bardzo dobrze zapamiętałem tamten samochód, bo na asfalcie strasznie podskakiwał. Jeździłem też jego protoplastą – 40-konnym maluchem LJ80, który ledwie rozpędzał się do 80 km/h oraz Suzuki Jimny, tzw. trzeciej generacji, którego pokazano przed dwudziestu laty. Wiele razy odbyłem tym samochodem terenowe wyprawy – katowałem go w górach, na Pomorzu i torze off-roadowym w sopockich Kolibkach. Też był mały, ale nigdy nie zawiódł i zawsze dowiózł mnie do celu.

Jimny doczekał się właśnie czwartej generacji. To robi wrażenie, bo przecież auto jest w produkcji – licząc od kwietnia 1970, gdy wprowadzono pierwsze Suzuki LJ10 – od pół wieku. Na szczęście podejście się nie zmieniło i nie dostaliśmy kolejnego SUV-a! Ba, Jimny jest bardziej terenowy, sztywniejszy i niczego nie udaje.

Ten neonowy kolor (oficjalnie nazywa się Kinetic Yellow) na zdjęciu jest dostępny bez dopłaty już w wersji podstawowej (!) i nie został wybrany przypadkowo. Japońscy projektanci nie zastanawiali się, czy będzie wystarczająco trendy i że pewnym modom (a teraz neonowe kolory zaczynają być na topie) należy przyklaskiwać. Tu przede wszystkim chodziło o praktyczną stronę Jimny’ego. Widzicie związek z kaskami ochronnymi? No, właśnie, jeśli ktoś tak sobie pomyślał, trafił w punkt – jaskrawo-żółto-zielonkawy Suzuki ma być doskonale widoczny w kamieniołomach, piaskowniach, na wielkich budowach itp. Dla myśliwych zbudowano auto zielone, reszta może sobie wybrać zawsze elegancką czerń albo żywy niebieski. Nikt nikomu nie będzie nadskakiwał – tłumaczą Japończycy. To nie jest SUV, ale rasowe auto do pracy lub rekreacji. Z naciskiem na pracę.

Lubię, gdy ktoś myśli i nie cuduje z technicznymi nowinkami. Weźmy rzecz najprostszą, czyli konstrukcję nadwozia. Kto teraz stawia na rozwiązanie z użyciem ramy? Takich producentów można policzyć na palcach jednej ręki, bo królują „samonośki” (i nie chodzi mi w żadnym wypadku o potoczną nazwę pończoch dla pań). Suzuki Jimny ma ramę. Została tak zaprojektowana, żeby była jeszcze sztywniejsza i mocniejsza. Dlatego nawet w terenie nie ma problemów z otworzeniem drzwi w tym aucie – jest sztywne prawie jak monolit. Dzięki temu w środku jest też ciszej, a to – przy długości nadwozia sięgającej zaledwie 3,5 m – wynik wręcz doskonały. Nikt oczywiście nie będzie „dżimniaka” przerabiał w salę koncertową, ale Suzuki – skoro teraz jest cichsze niż poprzednik – pozwoli w spokoju pokonywać dłuższe trasy. Wprawdzie jest 4-osobowe, ale wygodne dla dwójki, bo za fotelami jest symboliczne 85 l na walizki. Trzeba złożyć oparcia (zabierając dwa miejsca), a wtedy pojemność rośnie do 377 l. Ważny jest układ przeniesienia napędu, z dołączaną osią przednią i biegami 4L. Działa po japońsku, czyli zero siłowania i można ruszać w błoto.

Moc 102 KM, 4 cylindry i 1,5 l pojemności – silnik w najnowszym Suzuki Jimny nie jest ani wielki, ani mocny. Wydaje się jednak na miejscu, pamiętając, że poprzednik miał tylko 1,3 l. Japonia lubi małe silniki i generalnie nie można się o to czepiać. Ja osobiście postawiłbym na turbodoładowanie, ale muszę też przyznać, że w terenie, gdzie jest kurz i wilgoć, silnik wolnossący jest nie tylko trwalszy, ale też znacznie bardziej oszczędny. Co to znaczy? Po całym dniu jeżdżenia w Constantia Forst – największym prywatnym lesie w Niemczech (za Łabą legalnie można uprawiać off-road tylko na terenie prywatnym) oraz po kilku odcinkach na autostradzie komputer pokazał 7,3 l średniego zużycia benzyny. Bardzo dobry wynik nie jest przypadkowy. Jimny nie waży wiele – 1090 kg (bez płynów). Mimo ramy i terenowych komponentów.

Suzuki Jimny

Silnik 4-cylindrowy, benzynowy, wolnossący, pojemność 1,5 l

Moc 102 KM przy 6000 obr./min

Moment obr. 130 Nm przy 4000 obr./min

0–100 km/h b.d.

V-max 140 km/h

Zużycie paliwa w cyklu łącznym 7,5 l/100 km

Cena od 67 tys. zł

Suzuki Jimny - plusy i minusy

+ NIektórym przypomina Mercedesa Klasy G, który uległ zmniejszeniu. Tak Suzuki widzą inni. Dla nas liczy się jego terenowa dzielność i to, że w dobie wszechobecnej dominacji aut typu SUV czy crossover Japończycy się nie poddali i stworzyli bezkompromisową terenówkę. Samochód ma ramę, jest bardzo sztywny, lecz lekki. No i nie jest paliwożerny.

- Konstrukcja zawieszenia (sztywne osie ze sprężynami), opony w teren i podwyższony prześwit sprawiają, że Jimny nie jest królem autostrad. Nie jeździ szybko (V-max to 140 km/h, przyspieszenia nikt nie zmierzył, bo i po co), a na zakrętach nadwozie lubi się ciut odchylić. Cóż, SUV-y są jednak pewniejsze w prowadzeniu.

Tekst: Rafał Jemielita

Artykuł ukazał się w lutowym numerze (02/2019) miesięcznika Playboy.

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska