Wolność i swoboda: po Teksasie jeździmy nowym Mercedesem GLE

Wolność i swoboda: po Teksasie jeździmy nowym Mercedesem GLE

Najpierw bardzo się zdziwiłem, że Mercedesa GLE pokazują w Teksasie. Ale potem przyszła refleksja, że przecież nie mogli takiego samochodu prezentować w Norymberdze, Brunszwiku czy w jakimś innym Dreźnie. Z wielu różnych powodów. Pierwszy i podstawowy – auto zaprojektowano w Niemczech, ale jest produkowane w USA. W dodatku Mercedes GLE jest też – jak Teksas – gigantyczny. Pasują do siebie, naprawdę.

San Antonio ma w sobie coś z naszego Krakowa. Wprawdzie żyje tam około 1,5 miliona mieszkańców, czyli dwa razy więcej niż pod Wawelem, ale to mniej istotne. Dla mnie liczą się zabytki. Jeśli w Stanach coś – budynek postawiony przez człowieka – ma więcej niż 200 lat, to jest turystyczną superatrakcją. Tymczasem San Antonio powstało w XVII wieku, gdyż „w drodze na zachód zatrzymali się tam Hiszpanie”. Po ludzku? Panowie z Andaluzji czy innej Galicji postawili w Teksasie dwie swoje misje, żeby nawracać rdzennych amerykańskich mieszkańców – Indian. Misja to kościół z klasztorem, oczywiście całość bardzo solidna, bo budowana z myślą o długotrwałej obronie. W San Antonio – mieście raczej sennym i z malutkim jak na warunki zaoceaniczne lotniskiem – atrakcją jest też droga nad rzeką, wizyta w wieży Tower of the Americas (ma ok. 230 m wysokości, czyli mniej więcej jak Pałac Kultury w Warszawie; to drugi co do wielkości punkt obserwacyjny w USA dostępny dla zwiedzających) lub wyprawa do oceanarium czy zoo. Nie brzmi zachęcająco? Uwierzcie, że jest w tym klimat. W końcu to jest najstarsze miasto w Teksasie, a ten stan jest przy okazji dwa razy większy niż Polska. Tu atrakcją są krowy na ranczach, steki z grilla (lepsze są podobno tylko w Argentynie), ostra papryka i świat kowbojów, czyli... pastuchów. Wystarczy przejść się do najbliższego supermarketu, żeby się o tym przekonać.

W części odzieżowej wiszą rzędy koszul z dżinsu grubego i sztywnego niczym blacha. Teksańczycy noszą na co dzień filcowe kapelusze, kochają broń (także maszynową; kompletny odlot to miejscowe safari z maszynówkami, gdzie na dzikie świnie poluje się z pokładu śmigłowca) i – nomen omen – kowbojki. Ich angielski jest dla Polaków (przy założeniu, że w ogóle cokolwiek w tym języku rozumiemy) obcy, gardłowo-guglający. Czy pojechałbym tam drugi raz? Pewnie. To zresztą był mój teksański drugi raz, a na pewno planuję kolejne. Tyle tylko, że nie wybiorę – jak Chuck Norris – pickupa, ale Mercedesa. Do pokonywania Ameryki jest wygodniejszy. Szybszy też, ale w Teksasie naprawdę są tacy strażnicy jak Norris, a policja lubi się przyczepić do drogowych piratów.

Emma w browarze

Który zabytek w San Antonio jest najciekawszy? Moim zdaniem XIX-wieczny browar The Pearl, który zrewitalizowano i przerobiono na luksusowy hotel Emma. Niby pomysł oklepany, ale Amerykanie go podkręcili – w kominkach palą cedrem lub drzewem sandałowym, więc wszędzie bardzo szlachetnie pachnie wędzonką. W barze robią najlepszą margeritę truskawkową w promieniu setek kilometrów (cytat z barmana), a na dachu działa basen z gorącą wodą, czynny nawet gdy na zewnątrz pada. Jak na miejsce prezentacji samochodu, który jest przebojem od debiutu w 1997 roku, Niemcy trafili w punkt. Amerykanie kochają takie miejsca jak Emma. I kochają Mercedesa, który dla nich jest marką z Europy, a więc dla tych lepszych obywateli USA.

Czwarta generacja

Formalnie (a właściwie historycznie) rzecz biorąc protoplastą obecnego Mercedesa GLE jest model ML (znany też jako Klasa M/Class M). Niemcy po drodze zmienili nazwę, najwyraźniej z powodów marketingowych, ale istota czwartej generacji tych aut pozostaje niezmienna – za kółkiem tego Mercedesa ma być maksymalnie luksusowo, wygodnie, bezpiecznie, ale też z opcją szaleństwa w terenie. To nie jest w żadnej mierze Klasa G, czyli trudno oczekiwać, że GLE przejedzie w poprzek Saharę. Trudno, choć dobry kierowca i z dobrymi oponami powinien w tym aucie poradzić sobie z takim zadaniem. Niemieccy inżynierowie założyli, że Mercedes jest przede wszystkim do codziennych zadań – dojazdu do pracy, wożenia dzieciaków, na zakupy, ale od święta może posłużyć do holowania łodzi, przyczepy kempingowej, także na polowanie czy właśnie do terenowej rekreacji. W błoto nie bardzo (wnętrze raczej nie nadaje się do szybkiego czyszczenia), ale jeśli będzie choć troszkę „offroadowo-tuningowany”, pewną dzielność zachowuje. Przykład Sahary nie jest zresztą na wyrost. Samochód – w wersji z pneumatycznym zawieszeniem Airmatic – ma ponadprzeciętne możliwości pokonywania kiepskiej nawierzchni. Elektryczny system E-Active Body (pierwszy taki w Mercedesie i bodaj pierwszy na świecie, w dodatku oparty o nowoczesną instalację 48-woltową) pozwala indywidualnie kontrolować siły reakcji sprężyny i tłumienia w każdym kole, bez względu na to, czy jedziemy po płaskim, podjeżdżamy pod wzniesienie, czy jesteśmy na zakręcie. W połączeniu ze skanowaniem nawierzchni i trybem wspomagającym na zakrętach o jednoznacznie brzmiącej nazwie Curve (auto zachowuje się trochę jak motocykl, pochylając się automatycznie w zakresie +/- 3 stopni), E-Active Body Control zapewnia fantastyczny komfort. Zabrzmiało jak cytat z reklamówki? A jednak sam to sprawdziłem na kiepskich teksańskich autostradach i na prawdziwym ranczo. Ten samochód, mimo rozmiarów i masy, nie nurkuje przy hamowaniu i przyspieszaniu. Układ kierowniczy daje pewność prowadzenia, a wrażenie jest takie, jakby dziur naprawdę nie było. Jeśli auto zakopie się w piachu, E-Active Body Control próbuje bujaniem dopomóc w wyrwaniu się z opresji. Jak dla mnie – czad!

Hej, Mercedes!

System MBUX – Mercedes-Benz User Experience – spotykany od Klasy A po dostawcze Sprintery, to jest coś na miarę XXI wieku. Czym jest? To zestaw audio-multimedialny z rozbudowaną grafiką 3D i HUD-em. Można nim sterować dotykiem, gestami i głosem. Wyobraźcie sobie nawigację, która wyświetla obraz z kamery w czasie rzeczywistym, nakładając – dla ułatwienia jazdy – konkretne komunikaty. Dzięki odpowiedniemu procesorowi obrazu rzeczywistość miesza się ze światem wirtualnym bez żadnego opóźnienia. Efekty „rozszerzonego” miksu Augmented Video można obejrzeć na potężnym 12-calowym ekranie dotykowym (przed twarzą kierowcy jest też drugi ekran tej samej wielkości oraz HUD). Na pewno znacie też Siri w iPhone’ach lub Aleksę od Amazona. MBUX działa nawet lepiej, bo PO POLSKU. Koniec z dukaniem angielskich słówek! Wystarczy obudzić sztuczną inteligencję (nie przesadzam, ten samochód ma na pokładzie wczesną SI, która odpowiada także za sterowanie masażem w fotelach czy choćby oświetlenie kabiny) prostą komendą „Hej, Mercedes”, żeby potem zapytać np. o drogę, pogodę czy wolne miejsce na parkingu. Powiecie: „Jest mi zimno”, a maszyna podpowie coś w stylu: „Na jaką temperaturę ustawić ogrzewanie?”. Elektronika uczy się naszych zachowań, także języka potocznego. Czasem oczywiście komendę trzeba powtórzyć, bo polski to jednak „trudna język”, ale MBUX bardzo mi się spodobał. Zapomniałem tylko sprawdzić, jak reaguje na przekleństwa i czy ma poczucie humoru...

Tekst: Rafał Jemielita

Artykuł ukazał się w lutowym numerze (02/2019) miesięcznika Playboy.

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska