Polacy na Mistrzostwach Świata. Odcinek 2: RFN 1974

Polacy na Mistrzostwach Świata. Odcinek 2: RFN 1974

Przerwa pomiędzy pierwszym a drugim występem reprezentacji Polski w finałach piłkarskich mistrzostw świata trwała długo, bo aż 36 lat. O ile jednak na francuskim mundialu w 1938 roku Polacy pozostawili po sobie jedynie dobre wrażenie, o tyle na niemieckich boiskach w parze z nim szedł wynik. I to nie byle jaki!

Występ Polaków na mistrzostwach świata w 1974 roku to materiał na sporą książkę. To właśnie wówczas Polacy udowodnili, że są w stanie dokonywać rzeczy wielkich i nie tylko grać jak równy z równym przeciwko najlepszym drużynom na świecie, ale i wychodzić z tych starć zwycięsko. O końcowym sukcesie zadecydowało kilka czynników. Przede wszystkim trafiło nam się wówczas najzdolniejsze pokolenie piłkarzy w historii – o potencjale równym temu, którym dysponowali Węgrzy w latach pięćdziesiątych. Po drugie, owi zawodnicy doskonale rozumieli się na boisku, co nie zawsze jest regułą. Po trzecie pieczę nad wszystkim trzymał trener wyjątkowy.

Eliminacje, czyli jak zatrzymać Anglię

Już sama droga na niemieckie boiska przeszła do historii polskiego futbolu. Polacy przystępowali do nich jako jedni z faworytów – w 1972 roku sięgnęli wszak po olimpijskie złoto podczas igrzysk w Monachium, pokonując w finale Węgrów wynikiem 2:1. Do eliminacji w strefie UEFA przystąpiły 32 drużyny, które podzielono na 9 grup. Polska trafiła do grupy 5, razem z Anglią i Walią.
Początek eliminacji był jednak daleki od wymarzonego. Polacy przegrali 0:2 na wyjeździe z Walią (bramki zdobyli Leighton James i Trevor Hockey) i doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że kolejne potknięcie może oznaczać koniec marzeń o mundialu. W następnym meczu Polacy podejmowali u siebie Anglików i po raz pierwszy w historii zdołali ich pokonać – wynik 2:0 ustalili Robert Gadocha i Włodzimierz Lubański. Zwycięstwo zostało jednak okupione stratą drugiego ze strzelców, który na skutek urazu więzadeł krzyżowym pożegnał się z futbolem na dwa długie lata. W kolejnym spotkaniu Polacy gładko rozprawili się z Walijczykami (3:0, bramki zdobyli Gadocha, Lato i Domarski). Spotkanie decydujące o awansie miało zostać rozegrane 17 października 1973 przeciwko Anglii na stadionie Wembley.
Przebieg i wynik tego spotkania jest znany chyba każdemu polskiemu kibicowi. Gwoli ścisłości przypomnijmy jednak, co wówczas się stało. Anglicy szukali sposobu na zdobycie bramki, jednak mecz życia rozgrywał wówczas Jan Tomaszewski, nazwany po tym spotkaniu „człowiekiem, który zatrzymał Anglię”. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 1:1 – Polacy wyszli na prowadzenie dzięki Janowi Domarskiemu, a wynik wyrównał Allan Clarke strzałem z rzutu karnego. W końcowym rozrachunku reprezentacja Polski zdobyła w eliminacjach pięć punktów, o jeden wyprzedzając Anglików i dzięki temu mogła świętować awans na Weltmeisterschaft 1974.

Wyjście z grupy? Proszę bardzo!

Los przydzielił Polaków do ostatniej z czterech grup (w finałowym turnieju grało wówczas 16 drużyn). Nie mieliśmy wówczas zbyt dużego szczęścia w losowaniu – oprócz ewidentnego chłopca do bicia w postaci Haiti przeciwnikami naszej reprezentacji zostali Argentyńczycy oraz Włosi. Najpierw Polacy stanęli naprzeciw zawodników z Ameryki Południowej – miało to miejsce 15 czerwca 1974 roku na Neckarstadion w Stuttgarcie. Spotkanie rozpoczęło się po myśli „biało-czerwonych” – już w 7. minucie gola strzelił Grzegorz Lato, a po chwili wynik na 2:0 podwyższył Andrzej Szarmach. Na odpowiedź „albicelestes” trzeba było czekać do 60. minuty, kiedy kontaktową bramkę zdobył Ramon Heredia. Polacy szybko jednak wybili Argentyńczykom z głowy myśli o punktach – zaledwie dwie minuty później Lato ponownie pokonał Daniela Carnevaliego. Podopieczni trenera Vladislao Capa (który, co ciekawe, miał polskie korzenie – jego ojciec Teodor pochodził z Zahutynia pod Sanokiem) odpowiedzieli jeszcze trafieniem Carlosa Alberto Babingtona, jednak nie zdołali odebrać Polakom choćby punktu. Mecz zakończył się wynikiem 3:2 na korzyść „Orłów Górskiego”.
Mecz przeciwko Haiti był prawdziwym popisem siły reprezentacji Polski. 19 czerwca 1974 roku Polacy bez litości zlali piłkarzy z Karaibów, strzelając im aż siedem bramek. Henry Francillon wyciągał piłkę z siatki po strzałach Andrzeja Szarmacha (trzy gole), Grzegorza Laty (dwa), oraz Kazimierza Deyny i Jerzego Gorgonia.
Trzecim i ostatnim przeciwnikiem Polaków w fazie grupowej byli Włosi, jednak nawet oni nie byli w stanie przechylić szali zwycięstwa na swoją korzyść. Podopiecznych Kazimierza Górskiego wyprowadził na prowadzenie Andrzej Szarmach, a następnie fantastycznym uderzeniem z pierwszej piłki popisał się Kazimierz Deyna. „Azzurri” byli w stanie odpowiedzieć jedynie bramką Fabio Capello, jednak do odrabiania strat zabrali się za późno. Polacy z kompletem 6 punktów (wówczas za zwycięstwo otrzymywało się 2, a nie 3 punkty) wygrali grupę D i awansowali do kolejnej fazy turnieju.

Grupa po raz drugi i mecz na wodzie

Ówczesny regulamin rozgrywek przewidywał inny system od tego, który znamy obecnie. Z pierwszej fazy grupowej awansowało osiem drużyn, które trafiały do kolejnych dwóch grup. Dopiero ich zwycięzcy grali ze sobą o najwyższy laur, a drużyny, które zajęły w swoich grupach drugie miejsca, rozgrywały mecz o trzecie miejsce.
Polacy trafili do grupy 2 – a w niej czekali reprezentanci RFN, Szwecji oraz Jugosławii. Pierwszym przeciwnikiem w tej fazie byli piłkarze „Trzech Koron”. Stadion w Stuttgarcie ponownie okazał się szczęśliwy dla Polaków, którzy wygrali spotkanie 1:0 – jedyną bramkę zdobył w 43. minucie Grzegorz Lato. Podopieczni Górskiego wyszli zwycięsko również z rozgrywanego we Frankfurcie spotkania przeciwko Jugosławii – mecz zakończył się rezultatem 2:1, a bramki dla Polski strzelali Kazimierz Deyna (z karnego) oraz Grzegorz Lato. Oba swoje mecze wygrała również reprezentacja RFN, więc wiadomym było, że o awansie do finału zadecyduje ostatnie, bezpośrednie spotkanie.
3 lipca 1974 roku miał być dniem, w którym spełnią się marzenia nie tylko piłkarzy, ale i wszystkich kibiców reprezentacji Polski. Na kilka godzin przed pierwszym gwizdkiem doszło jednak do czegoś niespodziewanego – nad Frankfurtem zebrały się czarne chmury i lunął z nich rzęsisty deszcz. Ulewa dosłownie zmasakrowała murawę na Waldstadion – służby porządkowe oraz straż pożarna starali się usunąć nadmiar wody z płyty boiska, jednak ich wysiłki spełzły na niczym. Organizatorzy zebrali się, aby podjąć decyzję o przełożeniu meczu, jednak ostatecznie zdecydowano się je rozegrać. Po 30-minutowym opóźnieniu austriacki sędzia Erich Linemayr rozpoczął spotkanie.
To, co działo się na boisku, bardziej przypominało zapasy w błocie, niż mecz piłkarski. Piłka notorycznie albo grzęzła w kałużach, albo dostawała niespodziewanych poślizgów, natomiast zawodnicy mieli problem z utrzymaniem się na nogach. O skuteczności zagrań w dużej mierze decydowało szczęście – lub jego brak. Polacy co prawda stwarzali sobie szanse, jednak nie potrafili znaleźć sposobu na znakomicie dysponowanego tego dnia Seppa Maiera, który bronił dostępu do bramki naszych zachodnich sąsiadów. Kilka minut po rozpoczęciu drugiej połowy polscy kibice zamarli – Jerzy Gorgoń sfaulował w polu karnym Bernda Hölzenbeina, a sędzia Linemayr wskazał na „wapno”. Do jedenastki podszedł Uli Hoeness, jednak Jan Tomaszewski wyczuł jego intencje i obronił rzut karny. Co się jednak odwlecze… W 76. minucie meczu Polacy zostawili bez opieki Gerda Muellera, a ten zrobił to, co potrafił najlepiej – strzałem z około dwunastego metra pokonał Tomaszewskiego. Wynik 0:1 utrzymał się do końcowego gwizdka, a piłkarze RFN mogli się cieszyć z awansu do finału, w którym pokonali Holendrów, zostając w ten sposób mistrzami świata.

Na pocieszenie Brazylia

Po porażce z RFN Polakom został do rozegrania jeszcze jeden mecz – ten decydujący o zajęciu trzeciego lub czwartego miejsca. Przeciwnikiem naszej kadry zostali Brazylijczycy, którzy w grupie 1 dali się wyprzedzić Holendrom. Deyna i spółka podeszli do meczu z powagą i skupieniem, co zaowocowało zwycięstwem. Jedyną bramkę w rozgrywanym na Stadionie Olimpijskim w Monachium meczu zdobył Grzegorz Lato, który strzałem na długi słupek nie dał szans Emersonowi Leao. Była to jego siódma bramka na turnieju i dzięki niej napastnik Stali Mielec sięgnął po tytuł króla strzelców.

Wynik Polski na mistrzostwach w 1974 roku sprawił kibicom ogromną radość, ale wywołał przy tym uczucie niedosytu. Najlepiej świadczą o tym dyskusje na temat tego, co by było, gdyby jednak mecz z RFN został rozegrany w innym terminie i w innych warunkach. Tego nie dowiemy się już nigdy. W 1974 dowiedzieliśmy się jednak, że reprezentację Polski stać na naprawdę wiele, a zarówno kibice, jak i zawodnicy nie mogli się doczekać kolejnego turnieju, który cztery lata później miał się odbyć w Argentynie. O czym przypomnimy już niebawem.

 

Polacy na Mistrzostwach Świata. Odcinek 1 – Francja 1938.

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska