Poliamoria: historie "legalnie zdradzających"

2017-10-09
Poliamoria: historie "legalnie zdradzających"

Najbardziej na świecie nie znoszą zdrady. Zatem nie zdradzają. A o tym, że na noc wychodzą z kimś innym i „nie wiedzą kiedy wrócą”, mówią partnerom uczciwie i szczerze. Polscy poliamoryści – puszczalscy, ale z zasadami – wierzą w miłość i dobroczynny wpływ seksualnej wolności. Mozolnie zrzucają kajdany „monogamicznego związku po grób”, który uważają za kulturowe kuriozum albo po prostu coś nieodpowiedniego dla nich.

Poliamoria, czy bardziej swojsko brzmiąca wielomiłość, to „związek, w którym zakłada się możliwość miłości z wieloma osobami. Związek taki obejmuje więzi intymne i seksualne. Zjawisko jest odmienne od swingingu oraz poligamii, kładąc nacisk na intymne więzi emocjonalne, obejmujące wielu partnerów”. Tyle sieciowa definicja. A jak ją widzą sami zainteresowani?

 

Inna niż wszystkie


Ewa ma 31 lat i jest fotografem. Deklaruje się jako feministka i w rozmowie z nią często wybrzmiewają feministyczne postulaty. Oboje łapiemy się na tym, że nadużywamy sformułowań w rodzaju „jak w normalnym związku”, jakby wszystkie inne – w tym poliamoryczne – były nienormalne, a zatem podejrzane. – Nic w tym dziwnego, wychowałam się w normatywnym domu rodziców, w którym za jedyny możliwy wzorzec uznawana jest relacja kobiety i mężczyzny, wiernych sobie dozgonnie – przyznaje Ewa.


Jednak jej doświadczenia od momentu dojrzewania były inne. Nigdy nie oddzielała miłości od pożądania, nie uznając któregokolwiek z tych uczuć za lepsze bądź gorsze. – Jako młoda dziewczyna, jeśli ktoś mi się podobał, po prostu chciałam się z nim całować, a w późniejszym okresie iść do łóżka. Nie czułam, że muszę być zakochana – wspomina.


Zresztą Ewę od początku drażnili neurotycy. Czuła, że taka zaborcza, toksyczna miłość, powszechnie zwana zakochaniem, nie ma głębszych podstaw. Wiedziała, że jest inne uczucie, które odpowiada jej bardziej, ale jeszcze nie wiedziała jakie. – Spotykałam się z wieloma facetami, w tym obcokrajowcami podczas studiów we Włoszech. Niektóre z tych związków były toksyczne, inne „normalne”, w których byliśmy sobie wierni, mimo że zdarzało mi się oglądać za innymi facetami. Musiałam się powstrzymywać i towarzyszyło temu poczucie winy – wspomina.


Po powrocie do Polski, czekały ją „trzy najgorsze lata życia”. Szukała miłości, akceptacji i szczęścia, a skończyło się na iluś tam niesatysfakcjonujących związkach, jednonocnych przygodach i lądowaniu w łóżku z facetami po alkoholu. – Emocjonalnie sięgnęłam w pewnym momencie dna, chociaż w tym czasie były też spotkania z mężczyznami, które były naprawdę wartościowe – mówi.


Jedną z takich relacji, która być może zmieniła jej życie, był związek z dojrzałym, 42-letnim mężczyzną, z którym spotkała się w pracy. To był obcokrajowiec, znaczące nazwisko w branży, w której oboje działają. Spodobali się sobie, poszli do łóżka, co początkowo wyglądało na kolejny epizod. – Wtedy okazało się, że ten mężczyzna ma żonę i dzieci. I wraz z tą żoną postanowili w pewnym momencie „otworzyć” swój związek. On opowiedział mi o tym, a kiedy się zainteresowałam, podrzucił kilka lektur – wspomina Ewa.


Droga do szczęścia była jednak daleka. Ewa jeszcze przez kilka miesięcy, jak sama mówi, „staczała się po równi pochyłej”. Do tego stopnia była wszystkim zmęczona, że postanowiła powiedzieć sobie „stop”, wyjechać, urwać kontakty i przestać nawiązywać nowe. Los chciał inaczej, bo właśnie tam, gdzie pojechała, spotkała mężczyznę, z którym jest do dziś, z którym tworzy poliamoryczny związek i który zaakceptował jej „odmienność”, bo sam czuje podobnie.


Ten facet miał żonę, z którą się rozwiódł. Zdradzał ją i zawsze się z tego powodu samobiczował. To Ewa zaproponowała mu wyzwolenie, jednocześnie prosząc o coś podobnego dla siebie. – Powiedziałam po prostu: „Nie odbierz tego źle, bo jest mi z tobą dobrze, ale kiedy pomyślę sobie, że już nigdy i z nikim nie będę mogła iść do łóżka, to robi mi się przykro”. Paweł zaakceptował ten „układ” – wspomina.


Są razem do dziś, jakoś radzą sobie z zazdrością, która istnieje. Jak każde inne uczucie, także ją starają się kontrolować. Zresztą poliamoryści mają swoje sposoby na neutralizowanie destrukcyjnego wpływu zazdrości na ich związki. – Kiedyś znalazłam w kieszeni mojego partnera prezerwatywę. Nie spodobało mi się to, ale przypomniałam sobie, że ja też w swojej noszę kondomy. Porozmawialiśmy o tym, rozładowaliśmy napięcie – mówi Ewa.


Paweł wciąż walczy ze swoim przekonaniem, że „zdradza” Ewę, kiedy decyduje się iść z inną kobietą do łóżka. Ona tłumaczy mu, że widzi to inaczej, nie ma do niego pretensji. Ale oboje wiedzą, że potrzebują czasu, by w pełni to zaakceptować i zrozumieć.

 

To już było


Poliamoria to zjawisko jednocześnie nowe i mające długą tradycję. Wcześniej używało się zwrotu „związek otwarty” lub w ogóle nie definiowało tego pojęcia. Współcześnie szuka się dla poliamorii historycznych odnośników, tłumacząc, że wierność jest zjawiskiem stosunkowo nowym i wąskim.


Związki zamożnych Rzymian i Greków z kilkoma kobietami i mężczyznami były na porządku dziennym i nikomu do głowy nie przychodziło, by z tego powodu przeprowadzać rozwody. W Średniowieczu rycerze mieli damy serca, a w XVII i XVIII wieku królowie i arystokraci oficjalne metresy, bo ich małżeństwa były polityczno-gospodarczymi układami. Poliamoryczny z zasady był od początku islam, który do dziś dopuszcza wielożeństwo (pod wieloma obostrzeniami).


Problem w tym, że historycznie tylko jedna płeć mogła czerpać z dobrodziejstw poliamorii. Dziś właściwie jedyna różnica między tym, co było, a współczesnością jest taka, że zjawisko dotyczy obu płci. Kiedyś wielomiłość zarezerwowana była i praktykowana przez mężczyzn, dziś jej beneficjentkami mogą być też wyzwolone kobiety. – Liczba poliamorystów utrzymuje się na stałym poziomie. Nie przybywa ich i nie maleje. Określają się jako nowi na mapie preferencji seksualnych, ale w rzeczywistości kontynuują pewne wybory dokonywane przez rozmaitych ludzi setki lat przed nimi – mówi dr Andrzej Depko, seksuolog.

 

Trzeba próbować


Nigdy nie czułem zazdrości. Już jako dzieciak wiedziałem, że coś jest ze mną inaczej. Zawsze cieszyłem się z sukcesów innych, zawiść i zaborczość były dla mnie czymś absurdalnym – mówi Ernest, 25-latek z zachodniej Polski, po studiach, pracujący w branży medycznej.


W tej chwili jest sam, ale szuka. Niedawno rozstał się z partnerką, która otworzyła mu oczy na jego własne uczucia. Wcześniej był w dwóch „standardowych” związkach. Zakochanie, miłość, motyle w brzuchu. Czyli przywiązanie tylko do jednej osoby, o żadnych rozmowach, by może to jakoś inaczej ułożyć, nie było mowy. – Nawet nie próbowałem, bo wiedziałem, że wszystko zostałoby momentalnie zniszczone wybuchem zazdrości. Godziłem się więc na takie „misiowe” związki, chociaż czułem, że na pewno nie odnajduję w nich siebie – mówi.


Dopiero dłuższa relacja z dziewczyną z Ukrainy zmieniła wszystko. Dlaczego? Po pierwsze, to był związek na odległość, bardzo trudny i wymagający cierpliwości i tolerancji. Także ze względu na rodzaj jej pracy: była funkcjonariuszką tamtejszych służb specjalnych, wiele rzeczy pozostawało tajemnicą, o wielu nie mogli rozmawiać. Po drugie, była biseksualna, co wykluczało tradycyjnie rozumianą wierność. – Przestałem czuć się uwięziony, powoli zaczęło do mnie docierać, że akceptuję to, jak to wygląda. Nie miałem pretensji, że ona wdawała się w inne relacje i sprawiało mi ogromną radość, że ona nie miała pretensji do mnie – mówi Ernest.


Nie są już razem, rozstali się właśnie dlatego, że doszli do wniosku, że na odległość nie da się tego ciągnąć. Po tym związku Ernestowi zostało jednak coś bardzo cennego: świadomość, że jest poliamorystą. – Poliamoria jest stara jak ludzkość. Po prostu nie wszyscy są monogamistami, według mnie nawet mniejszość. Nie rozumiem, nie dociera do mnie, jak można stawiać na szali udaną relację międzyludzką, niszczyć ją, tylko dlatego, że jedno z partnerów poszło do łóżka z kimś innym – mówi Ernest.


Co dalej? Młody człowiek ma świadomość, że jest na początku drogi o swoje szczęście. Deklaruje, że będzie szukał partnerki, która zaakceptuje jego światopogląd. Wie, że znalezienie takiej osoby może być bardzo trudne. Zamierza być aktywny i chce sprawdzić we własnym życiu, czy można żyć w jednym stadle, z kilkoma osobami, których relacje opierają się nie na wyłączności, ale czterech filarach: szacunku, zaufaniu, pociągu fizycznym i wzajemności.


– Ludzie nie są ze skały, ale z plasteliny. Wierzę, że można ich kształtować, próbować sprawić, by zrozumieli czyjąś odmienność. Jeśli zwiążę się z kobietą, to nie zacznę od tego, że jestem poliamorystą, ale po jakiś czasie spróbuję z nią o tym porozmawiać i jasno wyrazić swoje stanowisko – mówi Ernest.
Czy jest przygotowany na porażkę? – Tak, zakładam, że takiego związku, o jakim marzę nie da się stworzyć. Ale będę próbował – mówi.

 

Jest nas więcej!


Poliamoryści mają swoje fora internetowie i „biblię”, książkę „Puszczalscy z zasadami” Dossie Easton i Janet W. Hardy. Obie autorki są terapeutkami, feministkami, działaczkami na rzecz równouprawnienia, które wyrosły w atmosferze seksualnej rewolucji lat 60. w Kalifornii. Ich publikacja tłumaczy, czym są „okowy wierności” i na blisko 400 stronach wyjaśnia, że każdy ma prawo do osobistego szczęścia w nienormatywnym, otwartym związku. „Pochodną mitu [że autentyczne związki są długotrwałe i monogamiczne] jest przekonanie, że jeśli naprawdę kogoś kochamy, automatycznie tracimy zainteresowanie innymi ludźmi, zatem gdy odczuwamy seksualny bądź emocjonalny pociąg do kogoś poza partnerem, to go tak naprawdę nie kochamy. Na przestrzeni wieków przekonanie to nie pozwalało ludziom być szczęśliwymi, chociaż jest nieprawdziwe do granic absurdu. Obrączka na palcu nie blokuje przecież połączeń nerwowych w genitaliach”, czytamy już na początku książki. A w kolejnych rozdziałach, jak nie dać się zazdrości, rozwiązywać konflikty, prowadzić trudne rozmowy i zawierać umowy. - Zazdrość to emocja, którą jedni potrafią kontrolować, a inni nie. To w dużej mierze zależy od osobowości. Z pewnością z grona poliamorystów wyklucza osobowość paranoidalna i histeryczna. Nie sądzę, żeby takie osoby były w stanie utrzymać nerwy związane z zachowaniami partnera na wodzy – mówi dr Andrzej Depko.


Poliamoryści odróżniają się od swingersów, którzy skupiają się głównie na seksie, a nie emocjach. Swingersi to ci, którzy aktywnie spełniają swoje fantazje seksualne o współżyciu z wieloma partnerami, o wymianie partnerów. Poliamoryści są w związkach, które za zgodą stałych partnerów, dopuszczają relacje intymne z innymi osobami.


W Stanach Zjednoczonych poliamoryści mają swoje forum Openminded.com i mogą formalizować swoje związki. W Polsce na poliamoria.fora.pl zarejestrowanych jest już ok. 300 osób. Chętnych przybywa.


Poliamoryści szukają bratnich dusz, także w historii i świecie współczesnym. Ayn Rand, twórczyni filozofii obiektywizmu, była w poliamorycznym związku z Frankiem O'Connorem. Tego typu relacje łączyły feministkę Irenę Krzywicką i jej męża Jerzego. Poliamorystą jest Misha Collins (Castiel z serialu „Nie z tego świata”) i słynna laureatka Oscara Tilda Swinton. Ona właśnie jest współczesną ikoną poliamorystów. Wzrastała w arystokratycznej rodzinie w Szkocji, której korzenie sięgają 1200 lat. Starannie wykształcona, zbuntowała się przeciwko wielopokoleniowemu konserwatyzmowi i przypisanej jej roli „zostania żoną arystokraty”. Wybrała karierę aktorską, w dodatku związała się ze środowiskiem bohemy. Jej mężem jest słynny malarz i pisarz John Byrne. Ma z nim dwójkę dzieci, bliźniaków Honora i Xaviera. Jednocześnie tworzy związek z nowozelandzkim malarzem Sandrem Koppem. W nielicznych wywiadach szczerze powiedziała, że „realizuje się z nim jako kobieta w sensie fizycznym”. To Kopp był przy niej, gdy odbierała Oscara za „Michaela Claytona”, wówczas Byrne opiekował się dziećmi na zamku w Szkocji. „Każdy z mężczyzn pełni w moim życiu inną rolę, więc nie są o siebie zazdrośni” – twierdzi Swinton.

 

Z łóżka do kina


– Wszystko wzięło się z mojego ogromnego poczucia winy. Zawsze chciałam tylko, żeby przestało mnie ono dręczyć. Gotowa byłam zaakceptować każdego, kto nie będzie mnie nim obarczał – mówi Kinga.


Znalezienie tej akceptacji trwało bardzo długo. Kinga – lat 43, matka 2-letniej córki – od czasów młodości miała duży temperament seksualny. Kilku jej wczesnych partnerów trochę to przerażało, kilku innym było w to graj. Kochała się i zakochiwała, ale właściwie zawsze, jak sama dziś mówi, „zmuszona była” do zdradzania. – Miałam chłopaka na studiach, ale na obozie pojawił się inny, więc poszłam z nim do łóżka. Mój facet nie dowiedział się o niczym, ale ja czułam się winna. No i związek się rozleciał – wspomina. Tak było jeszcze wiele razy, próbowała się powstrzymać, ale wszystko było źle: zarówno powstrzymywanie się ją niszczyło, jak i uleganie „brudnej żądzy”.


Wreszcie, zanim skończyła 30-tkę, zdecydowała, że koniec z tym. – Rozmawiając sama ze sobą używałam zwrotów doskonale stereotypowych, że „trzeba się ustatkować”, że „koniec z tym seksem na prawo i lewo”. Czułam, że do końca życia będę zmuszona hamować swoją seksualność, bo nie mam innej możliwości – mówi.


O tym, że jest dziś szczęśliwa, zdecydował przypadek. W telewizji oglądała program o ludziach żyjących w wolnych związkach, którzy mówili o tym bez skrępowania. Opowiadali o swoich doświadczeniach, walce z zazdrością, towarzyszących im przez całe życie frustracjach. – To było jak uderzenie pioruna, jakkolwiek pretensjonalnie by to nie brzmiało. Miałam oczy jak spodki, chyba nawet się popłakałam, mówiłam do siebie, że to ja, że to o mnie – śmieje się Kinga.
Zaczęła grzebać w sieci, przeczytała kilka książek, poszła nawet do seksuologa, by jej pomógł. – Chciałam wiedzieć, czy nie jestem przypadkiem nimfomanką. Lekarz zrobił wywiad i powiedział, że częstotliwość i rodzaj moich kontaktów seksualnych absolutnie na to nie wskazują. Dopiero wtedy powiedziałam sobie, że nie jestem chora, tylko chcę spotykać się z tymi, którzy mi się podobają, pozwolić sobie na uleganie impulsom, które dotąd oznaczały zdradę stałego partnera – mówi.


Teraz ma partnera, ojca jej córki. Znalazła go na portalu randkowym, na którego profilu jasno dała do zrozumienia, jakie są jej preferencje. – Odezwał się facet o dwa lata młodszy, który był równie szczery. Poszło bardzo standardowo: zaczęliśmy korespondować, wymieniać się wynikami swoich poszukiwań, wreszcie spotykać. Okazało się, że pociągamy się fizycznie, poszliśmy do łóżka. Potem jeszcze raz i kolejny. A jak już z łóżka wyszliśmy, to ujawniły się dwie nasze wspólne pasje: kino i bieganie po górach. Środek ciężkości znajomości został przeniesiony z seksu na wspólne wycieczki i oglądanie filmów – mówi.
Są razem od trzech lat. I są ze sobą całkowicie szczerzy. Ona ma jeden epizod z innym mężczyzną, o którym opowiedziała partnerowi. Przyjął to ze zrozumieniem, po raz pierwszy Kinga nie czuła się, jakby kogoś zdradziła. Z kolei on spotykał się z jedną kobietą z pracy, ale to była relacja wyłącznie platoniczna. Po tym, jak dowiedział się, że Kinga jest w ciąży, stracił zainteresowanie „czymś więcej”. – Pytałam go o to, odparł, że zwyczajnie nie ma ochoty. Nagle coś mu się „poprzestawiało”. Nie analizuje tego, nie wyklucza, że spotka kogoś z kim pójdzie do łóżka, ale póki co nie ma chęci. A mnie to ani nie cieszy, że jest teraz, być może chwilowo, „tylko mój”, ani nie martwi. Mamy ze sobą dziecko i ono jest oczkiem w głowie nas obojga – mówi Kinga.

 

***

 

Jak każde nowe zjawisko w temacie relacji damsko-męskich (i nie tylko), także wielomiłość będzie przez jeszcze długi czas traktowana jako wybryk. Poliamoryści mają świadomość, że są postrzegani, jako ci, którzy nie potrafią lub nie chcą dochować wierności i w związku z tym dla swej – z punktu widzenia normatywnej większości - „ułomności” szukają usprawiedliwienia i uzasadnienia. - Kimże, jak nie poliamorystami, którzy nie dokonali coming outu, są wszyscy ci, którzy posiadają przez wiele lat kochanki i kochanków? Oni w większości naprawdę obdarzają uczuciem, emocjami i pociągiem seksualnym więcej niż jedną osobę. Tyle tylko, że trzymają to w tajemnicy, najczęściej ze względów społecznych. A poliamoryści się ujawniają, przynajmniej przed partnerami – podsumowuje dr Andrzej Depko.

 

To prawda. Poliamoria będzie na cenzurowanym do kiedy społecznie nie zaakceptowany zostanie fakt, że nie wszyscy „mają tak samo”. Wygląda na to, że to już całkiem niedługo.

 

Fot: iStock

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska