2018-02-12
Triumf porno dla mamusiek

Literacką wartość 50 twarzy Greya zostawmy ekspertom. My zajmijmy się tym, co lubimy najbardziej, czyli seksem i pieniędzmi. Bo ta książka (oraz jej kontynuacje i ekranizacje) wywróciła do góry nogami tysiące łóżek, rozkręciła parę interesów i zmieniła życie erotyczne milionów osób.

W sypialni jest ciemno, palą się świeczki. Do łóżka przywiązana jest seksowna kobieta. Na oczach ma maskę. Zabawa trwa już jakiś czas, wszędzie pachnie seksem i namiętnością. Ona prosi o litość, kochanek wydaje się być nieugięty, co jakiś czas smagając partnerkę delikatnie pejczem. Takie gierki jakiś czas temu były domeną wytrawnych kochanków. „Normalni” ludzie nie bawili się w tego typu zabawy. A już z użyciem piórek do łaskotania, masek i pejczy? Większość to odrzucała, nastawiając się na klasyczny seks za młodu, bardzo często zapominając o nim po kilku latach związku.

 

Zmieniła to E.L. James, czyli Erika Mitchell, publikując „50 twarzy Greya”. Książka została zjechana przez krytykę, pogardliwie uznana za porno dla mamusiek. Poniekąd była to racja. Tyle tylko, że mamuśki postanowiły pokazać krytyce środkowy palec. I o przeczytanej książce opowiedziały koleżankom, a koleżanki koleżankom. Efekt? Kilkadziesiąt milionów sprzedanych książek serii, ekranizacje kinowe (najnowsza w kinach na walentynki). Plus „okołogreyowy” biznes. Chociaż z naszego punktu widzenia najważniejsze jest coś innego: zmiana podejścia milionów do tabu, jakim było eksperymentowanie w łóżku.

 

Weźmy Iwonę. Ma 38 lat. Pół życia w małżeństwie. Dobrym, czyli takim, w którym mężowi wciąż się chce. Jej z kolei udało się nie zmienić w dwa razy grubszą wersję samej siebie z dnia ślubu. I nie zapomnieć o libido. Typowa mamuśka, MILF, bo ładna i seksowna, ale wciąż „w obiegu”. Jedna z dziesiątek milionów, które przeczytały „50 twarzy Greya” i obejrzały filmy („Nie podobały mi się”). I jedna z milionów, która dokonała zmian w swojej sypialni. Dziś z mężem mają łóżko, które wyposażone jest w taśmy do krępowania nadgarstków i kostek.

 

Oswajając fantazje

 

– Pamiętam, jak czytałam książkę. I pamiętam swoje podniecenie, a najbardziej następujące po lekturze fantazje. Masturbowałam się przy nich, chciałam tego wszystkiego spróbować. Gdy już spróbowałam, okazało się, że uległość, a potem także dominacja, spodobały mi się. I mężowi. Potem rozmawiałam z koleżankami, okazało się, że nie jestem sama – mówi Iwona.

 

Poprosiliśmy o pomoc Joannę Keszkę, edukatorkę seksualną, szefową Barbarelli, czyli prokobiece- go butiku z gadżetami erotycznymi, ale i prowadzącą telewizyjną „Szkołę seksu”. – Z jednej strony Grey posługuje się mitami znanymi od setek lat, dość szkodliwymi zresztą, o Kopciuszku i księciu, który ją ratuje, o dziewicy i samcu, któremu to dziewictwo jest ofiarowane – zaczyna Keszka. – Ale z drugiej strony książki z tej serii odmieniły kobiety. Pokazały nam wszystkim to, co ważne, a na co nie było i wciąż nie ma przyzwolenia społecznego, czyli że seks może być doskonałą zabawą. Rodzajem gry i teatrem, który – odpowiednio przygotowany – może smakować dłużej i silniej.

 

Grey oswoił powszechną fantazję o uległości i dominacji. Z książki seksuologa dr. Andrzeja Depki i Sylwii Jędrzejewskiej „Chciałabym, chciała. O czym Polki marzą w łóżku” wynika, że to najpowszechniejsza z istniejących kobiecych fantazji. Powieść E.L. James sprawiła, że przestała być ona przeżywana indywidualnie. Kobiety zaczęły dzielić się swoimi pragnieniami z partnerami. Wcześniej przedyskutowawszy temat z koleżankami na kawie. Te rozmowy utwierdziły je zresztą, jak Iwonę, w przekonaniu, że nie są same, że nie są „perwersyjne i zboczone”.

 

Frywolne randki

 

50 twarzy Greya pokazała kobietom, że są na świecie faceci, choćby bohaterowie literaccy, którzy poświęcają czas na przygotowanie aktu seksualnego i nie dążą do natychmiastowej penetracji. – Tu nie chodzi o to, że Christian Grey używał pejcza i erotycznych akcesoriów. Tylko o to, że wydawał rozkazy, w nieskończoność podkręcał atmosferę, specyficznie aranżował randki. To właśnie ta jego aktywność powoduje seksualne podniecenie milionów czytelniczek kolejnych książek – wyjaśnia Joanna Keszka.

 

Fenomen Greya, który trwa od sześciu lat, napędzają dwa silniki. Jednym jest autentyczna chęć zmiany łóżkowych przyzwyczajeń i pokonania monotonii, którą czują „porno mamuśki”. Kobiety 30+ aranżują frywolne randki, kupują bieliznę, walczą o „powrót do gry”, by ponownie doświadczyć radości seksu z czasów, kiedy miały po 18–25 lat. I poczuć podniecenie, które było doświadczeniem Anastasii Steele (bohaterka książki).

 

Portal Netmums.com przeprowadził ankietę wśród swoich użytkowniczek. Okazało się, że 64 proc. czytelniczek Greya uprawiało więcej seksu niż przed lekturą, a 54 proc. z nich znacznie zbliżyło się z partnerem. Co więcej, miało to przełożenie na same akty, które zaczęły trwać dłużej. Mamuśki przyznawały, że kochają się także w większej liczbie pozycji.

 

Kto zarabia na Grey’u?

 

Drugim silnikiem okazał się marketing. Popyt wymusza podaż, tak było zawsze i tak stało się i w tym przypadku. Tyle tylko, że po raz pierwszy mieliśmy do czynienia z mocniejszą erotyką. Z założenia więc czymś ukrytym, schowanym, zwłaszcza w purytańskich społeczeństwach Wielkiej Brytanii i Ameryki (20 mln sprzedanych książek w pierwsze trzy miesiące). Machina ruszyła. Zaczęło się od seks-shopów. W Wielkiej Brytanii już kilka miesięcy po premierze książki okazało się, że sprzedaż erotycznych gadżetów wzrosła o połowę. Ludzie, głównie MILF-y, o których mówimy, rzuciły się na wibratory i dildo, ale także żele, pejcze, klamerki i taśmy do krępowania.

 

Nie trzeba było długo czekać, by tamtejsza straż pożarna zaczęła przyjmować dziwne zgłoszenia. Strażacy zaczęli bowiem masowo jeździć do sypialni, by oswabadzać kochanków przykutych do łóżek. Dziennikarze wyśledzili, że lekarze zaczęli interweniować na potęgę w przypadkach, z którymi wcześniej nie mieli do czynienia. Wraz z początkiem łóżkowej gimnastyki nastąpił wysyp otarć, stłuczeń i bolesnych skręceń nadgarstków.

 

W erotycznych sklepach pojawiły się więc produkty sygnowane przez autorkę powieści. Produkty licencjonowane. Właściciele seks-shopów, w przestrzeni publicznej traktowani jako persona non grata, zaczęli wyrastać na ekspertów od seksu, na równi z uznanymi autorytetami. Powstało wiele seks-shopów „premium”.

 

Sado-maso dla mas

 

Krok erotyki spod znaku BDSM w stronę mainstreamu został wykonany. Potrzeba było jeszcze bardziej spektakularnego ruchu. Został on postawiony przez tradycyjne z założenia firmy „dla wszystkich”. Przykład? Bielizna i gadżety inspirowane Greyem zostały wypuszczone przez producentów takich jak Coco de Mer czy Blue-Bella. Własną linię, ale dla kobiet nieco tęższych, wypuściła na rynek ikona modelek plus size Ashley Graham. Wersja dla fanek przygód Christiana i Anastasii w rozmiarze XXL nazywa się „Modern Bouduir”.

 

Hitem i przełamaniem tabu jest jednak „greyowa” bielizna z Tesco (wewnętrznej firmy giganta, czyli F&F) oraz kolekcja sieciówki ze Szwecji, firmy Kappahl. Staniczki i majteczki, a do tego piórka, sznureczki do krępowania... Wyobraźmy sobie koszyk z zakupami w Tesco, a w nim ser żółty, mleko, pieczywo i erotyczną bieliznę do domowych zabaw.

 

Dziś do kupienia są nie tylko T-shirty sugerujące, że dziecko znalazło się na tym świecie w wyniku zabaw rodziców w odgrywanie ról z książki, ale nawet stosowne śpioszki. Jest papier toaletowy w 50 odcieniach szarości (śmieszna gra słów – „grey” to po angielsku „szary”, a tytuł książki w oryginale to nie „50 twarzy Greya”, jak u nas, ale „50 Shades of Grey”, czyli „50 odcieni...”). I nie sprzedaje go sklep ze śmiesznymi rzeczami, ale sieć supermarketów ASDA. Są zajęcia fitness, na których można zapisać się na doskonalenie ciała. Ich twórczyni pochodzi z Nowego Jorku, zainspirowała się Greyem i chce, by kobiety były bardziej wygimnastykowane w łóżku. Nazwy ćwiczeń zaproponowanych przez trenerkę Kristen James to „sexy scissors” (seksowne nożyczki), „seductive squat” (uwodzicielski przysiad), „bend over better” (nachylaj się lepiej).

 

W warszawskim teatrze Polonia można oglądać pikantną komedię „Klaps! 50 twarzy Greya”. To rodzima wersja bardzo popularnego amerykańskiego spektaklu, który parodiuje i wyśmiewa nie tylko oryginał, ale także cały gatunek literacki, przez samą E.L. James nazwany w jednym z wywiadów „fantazjowaniem grafomanki”. Jest wino „50 shades of Grey”, białe i czerwone, średniej jakości, jak wynika z recenzji specjalistów, ale budzące odpowiednie skojarzenia. W Polsce trend symbolizuje – poza wspomnianą ofertą seks-shopów, sieciówek i spożywczaków – chociażby najsłynniejszy pokój dla wielbicieli seksu, jaki istnieje w naszym konserwatywnym kraju, czyli „Szampany i Sekrety”. To mieszczący się w Żyrardowie apartament na pikantne randki. Wynajmując go, można poprosić o jedną z kilku fetyszystycznych aranżacji i zamienić go w salę przesłuchań, orientalną sypialnię, klasę szkolną lub szpitalną salę. Według założycielki i właścicielki Agnieszki Rasz, ponad 80 proc. gości wybiera jednak „pokój Greya”. Wygląda on jak sala tortur. I właśnie tego chcą ci, którzy zapragnęli dla siebie randki marzeń.

 

Grey zmienił świat kobiet. Nie intelektualistek, ale zwykłych pań Kowalskich, Smith i Jones. Miliony z nich, które przeczytały książkę, zaczęły puszczać wodze fantazji, i to nie w samotności, ale z partnerem.

 

Czy powieść James zmieniła świat mężczyzn? Choć niewielu ją przeczytało, to jak najbardziej. Najlepiej wiedzą to ci, którzy mieli szczęście spotykać się z kobietami zainspirowanymi Christianem Greyem.

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska