Jaskinia lwic: Playboy z wizytą w klubie swingersów

2019-03-11
Jaskinia lwic: Playboy z wizytą w klubie swingersów

A może by tak orgietkę? Jeśli w waszych głowach roją się myśli o seksie w większym gronie, to najpierw zapoznajcie się z doświadczeniami dziennikarza PLAYBOYA, który odwiedził klub swingersów i specjalnie dla was sprawdził, jak to naprawdę wygląda.

Życie jest za krótkie, żeby żyć marzeniami innych” – powiedział pewnego razu Hugh Hefner i założył Playboya. Powtórzyłem sobie w myślach jego słowa, naciskając klamkę drzwi do klubu swingersów na jednym z warszawskich osiedli z wielkiej płyty w pewną mroźną i zimową noc. Niech się dzieje, co chce, w końcu zawsze chciałem to zobaczyć i – może – wziąć w tym udział.

Polska to nie Kalifornia

Zebranie doświadczeń na swingerskiej imprezie miałem w planach od dawna. Jej obraz ułożyłem sobie ze strzępków filmów, w tym tych dla dorosłych, i jakichś opowieści kumpli, które dzieliłem przez dziesięć, bo wiadomo, że faceci ściemniają i wyolbrzymiają, nie tylko złowione ryby.

W kinie zawsze wygląda to bajkowo, prawda? Zazwyczaj jest jakaś willa, basen, wszyscy roznegliżowani, kobiety chodzą w bikini albo i bez, świat skąpany jest w słońcu, a alkohol jest za darmo i leje się strumieniami. No i panuje Ta atmosfera. Ta, czyli bez strachu, lęku, swobodna i przepełniona namiętnością. Ale fajnie – kodowałem zawsze w głowie.

Tyle tylko, że ja się spinałem. Sam pomysł, żeby do klubu iść, był oczywiście dobry, ale między postanowieniem a wykonaniem pojawiła się masa wątpliwości. Przecież Polska to nie Kalifornia, będzie zimno i sztucznie, wszyscy będą patrzeć na nowicjusza nerwowo stojącego pod ścianą. Może się przed wizytą napić dla kurażu? A może jednak nie, bo przecież wejście na bani pozbawi mnie szans na znalezienie sobie kogoś, z kim – no wiecie, do swingerskiego klubu nie chodzi się przecież posiedzieć na kanapie.

Rozbrajanie bomb

Po pewnym czasie wymyśliłem, że w grupie raźniej, więc namówiłem na przygodę znajomych: dziewczynę jako partnerkę i parkę 35-latków, którzy choć swoje w życiu i na świecie widzieli, wciąż nie zatracili perwersyjnej ciekawości nieznanego. Wyznaczyliśmy dzień, a właściwie noc, spotkaliśmy się u mnie na drinka, zamówiliśmy taksówkę na 22 i w drogę.

Tak, Polska to nie Kalifornia, zwłaszcza zimą. Już na wstępie jest więc nieco śmiesznie, bo do klubu, mieszczącego się w podziemiach peerelowskiego pawilonu, wchodzi się z zasypanej śniegiem ulicy. Obowiązują stroje klubowe, czyli bokserki i koszule w przypadku mężczyzn oraz erotyczna bielizna lub stroje fetyszowe w przypadku kobiet, ale trzeba je najpierw wyłuskać spod bardzo nieerotycznych kurtek puchówek, czapek, szalików, rękawiczek i butów na grubej zelówce.

Na szczęście na wejściu powitał nas przemiły i frywolny gospodarz, który okazał się barmanem i głównym wodzirejem imprezy (która tak naprawdę, ale o tym potem, wodzireja niekoniecznie potrzebuje). Błyskawicznie skrócił dystans, przekazał podstawowe informacje, gdzie szatnia, gdzie prezerwatywy, gdzie lubrykanty. „Państwo pierwszy raz? No to zapraszamy, na pewno nie ostatni, wszystko można, nic nie trzeba, to główna zasada”. Było mnóstwo śmiechu podczas tej minirozmowy, która oswoiła i przy okazji wstępnie rozbroiła tykające bomby, czyli udające wyluzowanych miłośników perwersji cztery kłębki nerwów.

Regulamin to podstawa

Rozpłaszczyliśmy się i podążyliśmy do baru w bardziej erotycznych nastrojach. To znaczy mężczyźni, ja i kumpel, głównie z powodu partnerek w prześwitujących dessous. Takie dziewczyny u boku ośmielają i sprawiają, że wchodzi się do piekielnego wnętrza z większą pewnością siebie. Zupełnie inaczej zachowują się faceci samotni, którzy postawę mają raczej nieśmiałą, wzrok kierują w podłogę i powoli oswajają się z klubem. Tym bardziej że zarówno w tym przybytku, jak i większości tego typu na świecie, przeważają faceci. Do tego stopnia przeważają, że czasami się okazuje, że w klubie jest po prostu nudno, a nadzieja na erotyczną zabawę z fantazji nie ma szansy się spełnić. W ogóle przed wizytą warto przeczytać regulamin klubu, do którego się udajemy, bo sporo przydatnych informacji jest w nim zawartych. I dzięki temu w środku można poczuć się pewniej.

Nie trzeba zatem brać prezerwatyw i lubrykantów, bo są, warto zapisać się na newsletter, bo wówczas otrzyma się przydatne informacje o imprezach i zniżkach. Wizyta z ulicy jest bowiem stosunkowo droga, przynajmniej dla mężczyzn, kobiety albo nie płacą w ogóle, albo dużo mniej (co ma je zachęcić i przynajmniej teoretycznie wyrównać nierówne proporcje gości). Jest sporo o tym, czego nie wolno: czyli naruszać czyjejkolwiek nietykalności cielesnej bez zgody drugiej osoby, narzucać się, zachowywać niekulturalnie, nadużywać alkoholu ponad miarę, wszczynać burd i tego typu rzeczy. A więc plus minus jak w zwykłym klubie.

Dla każdego coś

Podczas researchu można się też dowiedzieć wszystkiego o takich imprezach. A jest ich całkiem sporo, jedne delikatniejsze, inne ostrzejsze. Są więc imprezy wyłącznie dla par i są bale przebierańców. Jest sporo urodzin stałych bywalców, wspomnianego barmana i specyficznie obchodzone święta. Także „ladies nights”, zjazdy fanów tego typu rozrywki, no i najostrzejsze i dość specyficzne gangbangi. Wówczas proporcje mężczyzn do kobiet są zdecydowanie na korzyść mężczyzn, a jeśli pojawiają się kobiety, to o konkretnych potrzebach seksualnych, w których liczba partnerów jest jedną z ważniejszych. Na drugim biegunie gangbangów są imprezy chilloutowe, gdzie seksu jest mniej, a więcej zabaw w saunie, jacuzzi czy przy barze. One odbywają się w niedziele.

Tymczasem nasza czwórka, uzbrojona w tę wiedzę, udała się do baru. Ceny w nim były niewygórowane, drinki kosztują 15–20 zł, ich paleta zadowala. Obok baru jest kanapa i stolik, są też przekąski, kanapeczki itp. Żartowaliśmy, że to dobrze, że jednak można się posilić, gdyby komuś puściły hamulce i zanadto się zmęczył.

Wystrój wnętrza

Pytacie w listach, jak taki klub wygląda. Obeszliśmy go dokładnie, a o kilka podobnych wypytałem stałych bywalców. Wystrój jest elegancki, ale nieprzesadnie. Kanapy, czerwone i czarne, skórzane. Podobnie ściany. Sporo erotycznych zdjęć i ciekłokrystalicznych ekranów, na których wyświetlane są filmy erotyczne lub pornograficzne. Klub podzielony jest na sale. Przy barze jest jedna większa, taka „powitalna”. Tuż obok jest palarnia, nieco przypominająca lotniskową (szklany pawilonik). W drugiej sali na środku jest rurka, na której chętne panie tańczą pole dance, kusząc swoich i nieswoich partnerów. No i są pokoje. Jeden i drugi całkowicie wypełnione łóżkami, na których dzieje się cała rzecz dla chętnych. Do pokojów nie ma drzwi, każdy może wejść i popatrzeć, także przez okienka. Patrzących jest sporo, niektórzy przyszli wyłącznie po to, inni wręcz przeciwnie. Jest też pokój à la sado-maso, z seksualną huśtawką i pejczami oraz uprzężami dla fanów BDSM. Na końcu niewielkiego klubu (większe to wille położone pod miastem, które mają podobny wystrój, ale znacznie więcej przestrzeni, w tym więcej barów) znajduje się mini-spa. Duże, naprawdę duże jacuzzi, kilka pryszniców i sauna fińska. Można się opłukać, posiedzieć i ogrzać z drinkiem w ręku lub kieliszkiem wina.

W ogóle w klubie panuje przyjemny półmrok, muzyka jest stosunkowo głośna, ale niezagłuszająca rozmowy, w odróżnieniu od klubów tanecznych. Zapach, o który – przyznaję – obawiałem się najbardziej, jest niezwykle przyjemny. Nie dominuje zapach seksu, jeśli wiecie, co mam na myśli. Może to dlatego, że ludzie, którzy zebrali się na sobotnią imprezę byli zdecydowanie na poziomie, czyści, wypachnieni i zadbani.

Miejsce dla zwykłych ludzi

No właśnie, ludzie. W środku było kilkadziesiąt osób, większość przyszła między 22 a 23. O północy nastrój był najlepszy, najbardziej erotyczny, kto miał się dobrać w pary lub liczniejsze konstelacje, zdążył to zrobić. Było kilku samotnych obcokrajowców, wielu singli w średnim wieku, może dwie osoby starsze (po „50”) i kilka par zajmujących się raczej sobą. Proporcje kobiet do mężczyzn wynosiły 1 do 4.

I kolejna różnica z tym, co na filmach (tych dla dorosłych i tych nie): w kinie aktorzy wyglądają mniej więcej podobnie. To faceci przystojni i wytrenowani, a kobiety długowłose, długonogie i biuściaste. A w klubie? Zobaczyłem zwykłych ludzi w całej ich zwykłości, która dla jednych będzie zachętą, a dla innych minusem. Byli faceci z brzuszkiem i chudzi, wysocy i niscy, może jeden w typie modela, ale reszta to ludzie, jakich spotyka się w autobusie albo knajpie. Tak samo jest w przypadku kobiet. Ze dwie ślicznotki, kilka ładnych, kilka przy kości lub – jak to się dziś mówi – size plus. To miejsce dla zwykłych ludzi, a nie modeli z Instagrama.

Fantazje się spełniają

Ponieważ przyszliśmy we czwórkę, zostaliśmy potraktowani jako grupa swingersów. Długo nikt się nie przysiadał, bo gawędziliśmy i zwiedzaliśmy we własnym gronie. Ja jednak miałem oko na okolicę i na to, jak zachowują się inni. Troszkę podsłuchiwałem, zanim zacząłem „przeprowadzać wywiady”. Najbardziej śmiali byli stali bywalcy. To było widać po ich zachowaniu, bezpretensjonalności i braku pruderii. Korzystali z uciech klubu, baru, sauny, zerkali na kochające się pary, jakby to było ich miejsce na świecie. Nieco bardziej skrępowane były dziewczyny, które przyszły same. Potem usłyszałem od jednej z nich, że wizyta była spełnieniem fantazji. „To czemu byłaś skrępowana?” – zapytałem. „Po prostu bałam się, że skoro przyszłam sama, rzucą się na mnie samotni faceci, bo czytałam, że w takich klubach jest ich zawsze więcej i przychodzą w bardzo konkretnym celu. Dopiero jak się okazało, że nawet ci, którzy mnie zaczepiają, robią to na luzie i kulturalnie, wyluzowałam się”. Moja rozmówczyni, na oko 30-latka, miała tego dnia szczęście. Potem widziałem ją w jacuzzi, jak rozmawiała z równolatkiem. Później się całowali, a jeszcze później mogłem się przyglądać świeżo upieczonej parce, która w największym pokoju, obok drugiej, oddawała się miłości.

W klubie było sporo seksu, jednak, w przeciwieństwie do filmów, nie aż tak perwersyjnego, jak można by oczekiwać, polegając jedynie na fantazjach. Miałem wrażenie, że prawdziwego swingowania, czyli wymiany partnerów, było niewiele. Pary kochały się w parach i pozwalały się podglądać innym, zresztą zgoda nie była nikomu potrzebna. Z tego występowania przed publicznością czerpały rozkosz. To byli raczej ludzie, którzy lubią nakręcać się patrzeniem i podniecać byciem obserwowanym.

Istota sprawy

Z kolei samotnicy dobierali się w pary na jedną noc. Czyli raczej bawili się w ONS niż swingowanie. Bacznie przyglądałem się zgromadzonym i znalazłem może dwie osoby, które uprawiały seks z większą liczbą partnerów. Jedna z kobiet praktycznie nie wychodziła z pokoju z dużym łóżkiem i co jakiś czas zachęcała do seksu kolejnych facetów. Potraktowała tę sobotę jako swój prywatny gangbang. Z kolei jeden z mężczyzn, wysoki i masywny jak ochroniarz, poznał w jacuzzi jedną partnerkę, a po kilku godzinach drugą. Można powiedzieć, że tych dwoje miało szczęście, chociaż prawda jest taka, że reszta go nie szukała aż tak bardzo. Swingowania takiego jak podczas rzymskiej orgii, gdzie w jednym wielkim łóżku wymienia się partnerów, kochając się to z jedną osobą, to z drugą, nie dostrzegłem, ale z krótkiej rozmowy z bywalcem, który przedstawił się jako Tomek, wiem, że i tak się zdarza. „Ale tak naprawdę swingers klub z seksem zbiorowym z pornoli ma niewiele wspólnego. Zresztą sam widzisz, seksu jest mnóstwo, ale żadna z dziewczyn nie przeskakuje z jednego fiutka na drugiego, a żaden facet nie pieprzy się z trzema laskami na godzinę”. „Może wcale nie o to tu chodzi?” – zapytałem. „No właśnie nie. Raczej o seks bez zobowiązań z kimś fajnym albo seks w trójkącie czy czworokącie. W zwykłym klubie trudno wyrwać kogoś, bo nawet jeśli się uda, to nie ma żadnej gwarancji, że skończy się to seksem, a tym bardziej dobrym seksem. A tutaj jak najbardziej”.

Z klubu wyszliśmy przed trzecią w nocy, zabawnie wstawieni i pełni wrażeń. Tak, podobało nam się to, co widzieliśmy. Nie, nie wymieniliśmy się z kolegą partnerkami, czyli nie swingowaliśmy w klasycznym tego słowa rozumieniu. Troszkę pozwoliliśmy popatrzeć na siebie, bardziej popatrzyliśmy na innych, a najbardziej zebraliśmy doświadczenia potrzebne na kolejną wizytę. Bo ta – jak się potem okazało – jest w planach obu dziewcząt.

PS Stety czy nie, za sprawą internetu kluby swingerskie są dziś w odwrocie. Amatorzy wymiany partnerów i seksu w większych konstelacjach umawiają się raczej na domówki, za pośrednictwem dedykowanych temu portali. Kto chce przeżyć seks w trójkę, czwórkę, piątkę, gangbang, jakikolwiek nietypowy seks, wyszukuje sobie odpowiednie grono osób i gotowe. Różnica jest spora, bo domówki swingerskie (tak je nazwijmy, choć są to schadzki różnego typu) są znacznie bardziej konkretne. Podchodów można sobie oszczędzić, bo zostały już wykonane w sieci. A w klubie jednak trzeba się troszkę postarać.

Tekst ukazał się w marcowym numerze miesięcznika Playboy.

Fot: Getty

Polecane wideo

Dodaj komentarz

© 2016 Marquard Media Polska